Świat dziś płonie w ciszy – nie płomieniem jasnym, ale dymem duszącym, szarym.
Ulice dudnią krokami, a w sercach panuje głód, którego nie nasyci ani chleb, ani władza, ani rozkosz.
Człowiek, ten sam, który nosi w sobie odblask wieczności, błądzi w plątaninie neonów i ekranów.
Gubi drogę, aż sam staje się labiryntem, własnym więzieniem.
A przecież Bóg, ten od którego uciekamy, stoi na rogu każdej ulicy, w każdym szumie liści, w każdym oddechu.
On nie woła krzykiem, lecz szeptem, jakby bał się, że nasz świat zbyt łatwo ogłuszy Jego głos.
A jednak – czyż nie drży w nas czasem echo?
Jakby ktoś wbił gwóźdź w najgłębszą część duszy i ona nie daje spokoju, nawet kiedy udajemy, że nie słyszymy.
Pokolenie pogubione, pobite, pełne blizn.
Pokolenie, które wstydzi się własnych łez.
Które odwraca twarz od Boga, bo boi się, że On ujrzy wszystkie pęknięcia, a przecież tylko On potrafi je skleić.
Nie uciekajmy dalej.
Bo za każdym zakrętem, tam gdzie świat mówi: „To już koniec”, Bóg odpowiada: „To dopiero początek”.