Miasto krzyczy.
Reklamy płoną.
Neon oślepia.
Ekrany tłuką oczy, serca, sumienia.
„Więcej! Więcej!” szepczą, wrzeszczą, śpiewają fałszem.
Człowiek biegnie.
Łapie.
Pożera.
I znów głód.
Szczęście jak szkło – rozbite, skaleczone, błysk w pyle.
Złudzenie karmi chwilą.
Dusza pije kurz.
Usta pełne cukru,
a w środku popiół.
Serce jak ziemia bez deszczu,
spękane w milczeniu.
Labirynt pragnień kręci się w kółko.
Drabina bez końca,
szczebel za szczeblem,
aż w pustkę.
„Jeszcze odrobinę,
jeszcze tylko to.”
Potem cisza.
Głucha.
Ciężka.
Ciemna.
Słyszysz ją?
W samej ciszy brzmi inne wołanie.
Nie „więcej”, lecz „wróć”.
Nie „mieć”, lecz „być”.
Nie echo próżni,
ale Głos, który nie gaśnie.
Ten sam od początku.
Ten sam dla ciebie.
Teraz.