Idzie, idzie – twardo, pewnie, pyszniąc się.
Na ustach gniew, w oczach żar – nie miłości, lecz pogardy.
Patrzy: skóra inna – i pluje.
Słyszy: głos obcy – i drwi.
Widzi: modlitwa inna – i szydzi.
„Ja lepszy! Ja wybrany!” – krzyczy,
a serce ma jak kamień zimny, ciężki.
Krok za krokiem – kroczy jak pielgrzym,
ale dokąd? – sam nie wie.
Droga jego jak tunel – ciemny, głuchy, bez końca.
Brat obok? – nie brat, lecz wróg.
Siostra obok? – nie siostra, lecz cień.
A on – sam, sam, samotny w tłumie.
Bo kto nienawiścią oddycha,
ten nie zna celu, nie zna Ojca.
Kto gardzi twarzą brata,
gardzi też Tą Twarzą, co w każdym się odbija.
I pójdzie, pójdzie – aż stanie,
a tam u kresu zobaczy:
wszyscy, których odrzucał, już są przy stole.
A jego miejsce – puste,
bo sam je sobie odebrał.