Ulice – pełne kroków, pełne głosów, pełne twarzy.
A on – sam, sam, samotny w środku.
Słowa mijają go jak wiatr po ścianach.
Śmiechy – puste, dźwięczne, obce.
„Bracie!” – nikt nie mówi.
„Siostro!” – nikt nie słyszy.
W tłumie gęstym jak las
serce jego jak drzewo ścięte – milczy, puste, powalone.
A jednak – w ciszy, w głębi –
jest Głos, co woła po imieniu.
Jest Obecność, co nie mija.
Samotność – w Nim – przemienia się w dom.