Odszedłeś – daleko, daleko!
Zabrałeś dźwięk monet, śpiew złudzeń,
wziąłeś swoje – i myślałeś, że to wszystko.
Miasto krzyczało: „Baw się!” –
a serce już milczało.
Chleb się roztrwonił, wino wyciekło,
przyjaciele – dym na wietrze.
Pozostał głód – głód w żołądku, głód w duszy.
Żołędzie świń – twoja uczta.
Człowiek wielki? – teraz cień.
Człowiek wolny? – teraz niewolnik głodu.
I nagle – błysk wspomnienia:
dom ojca, stół pełen, ramiona szerokie.
„Wstanę i pójdę” –
mówisz do ciszy, a cisza odpowiada.
Wracasz – krok za krokiem,
zgarbiony, pusty, winny.
A tam już Ojciec biegnie,
biegnie szybciej niż twój wstyd.
Usta twoje chcą mówić: „Zgrzeszyłem”,
a Jego usta całują.
Ręce twoje chcą prosić o resztki,
a Jego ręce dają pierścień.
Byłeś martwy – żyjesz.
Byłeś zgubiony – znaleziony.
Byłeś cieniem – jesteś synem.