Czy to jeszcze pokarm – czy już cień pokarmu?
Chleb nadęty jak bańka, pusto w środku.
Owoc błyszczy, lecz nie dojrzewa –
jego smak to farba, jego zapach to chemia.
Mięso – ciało bez życia, martwe, zanim urodzone.
Na stole barwy, w sercu głód.
Fabryki ryczą – bestie ze stali,
wydychają dym, połykają ziarno,
wydają plastik w kształcie chleba.
A my jemy – i głodniejemy.
„Korporacje” – powiadasz, jakby to były duchy.
A przecież to twarze, imiona, nazwiska,
to dłonie, które podpisują rachunki,
to oczy, które wiedzą, co czynią.
Ludzie – a jakby zapomnieli, że są ludźmi.
Sprzedają zdrowie za srebro,
życie za pieniądz.
„Ekonomia” – brzmi szlachetnie,
a jest tylko innym imieniem chciwości.
Człowiek znika w tabeli,
zamienia się w cyfrę, w koszt, w rubrykę.
Ile warte są płuca dziecka?
Ile serce starca?
Kto zważy łzę matki,
kiedy na wagę kładą zysk?
Trzydzieści srebrników – ta sama cena,
wciąż ta sama zdrada.
Judasz nie powiesił się raz,
Judasz odradza się codziennie,
uśmiecha się w reklamach,
podpisuje kontrakty,
zamyka oczy na krzyk.
Ale Bóg widzi.
I cisza, którą dziś kupujemy,
jutro wróci jako krzyk,
krzyk, którego nie da się uciszyć.
O człowieku –
nie karm brata trucizną,
nie nazywaj złudzenia chlebem,
nie sprzedawaj życia za srebro.
Bo gdy policzysz tylko pieniądz,
sam zostaniesz policzony –
i wtedy odkryjesz,
że straciłeś nie złoto,
lecz własną duszę.