Człowieku mały – sam przed sobą pękasz.
Widzisz w sercu brak, usta pełne zwątpienia.
„Nie jestem godzien, nie potrafię, nie zdołam” –
a echo powtarza w tobie: „nie zdołam, nie zdołam”.
A On przychodzi – Chrystus Pan.
Patrzy nie na twoją siłę, ale na ranę.
Nie na twój dorobek, ale na pustkę,
którą tylko On napełnić potrafi.
A ludzie? – ludzie patrzą inaczej.
„Kim on jest, żeby mówił?!” – szyderstwo.
„Co on wie, taki słaby, taki mały?” – śmiech.
Inni odwrócą twarz, udając, że cię nie słyszą.
Jeszcze inni zmilkną z pogardą.
I to boli – bo człowiek chce być przyjęty.
Chce, by go pochwalono, nie by go odepchnięto.
A tu powołanie oznacza krzyż
już nie tylko własnej słabości,
ale też cudzego języka, obcego spojrzenia.
Ty się boisz krzyża – On czyni z krzyża tron.
Ty wstydzisz się swej słabości – On ogłasza ją drogą.
Ty drżysz przed ludzkim śmiechem –
On w tym śmiechu odsłania swoją chwałę.
Bo to jest tajemnica: moc Boża
objawia się nie mimo słabości,
ale w samej słabości.
I idziesz – choć wątpisz.
I mówisz – choć szydzą.
I milczysz – choć drwią.
Bo nie idziesz już sam,
ale niesiony przez Tego,
który słabym daje siłę,
a z odrzuconego czyni świadka.