Widziałem go –
nie w gazetach, nie na ekranach,
ale na przystanku,
z pochyloną głową,
z ręką drżącą jak liść.
Nikt nie patrzył.
Świat spieszył się obok,
samochody ryczały,
telefony świeciły,
a on siedział w milczeniu,
jak kamień wyrzucony z drogi.
Nie krzyczał,
nie prosił,
tylko spojrzał –
i w tym spojrzeniu było pytanie:
„Czy jestem jeszcze człowiekiem,
czy już tylko bólem?”
Wstyd płonął w jego oczach,
jakby przepraszał, że istnieje,
jakby winą było to, że cierpi.
I zrozumiałem:
najgłębsze cierpienie
to nie rana ciała,
ale chwila, gdy nikt nie widzi,
nikt nie słucha,
nikt nie mówi: „Jesteś”.
Może właśnie tam
rodzi się prawda:
że człowiek żyje nie po to,
by być silnym,
ale by być obecnym.
A ten, kto nie odwróci wzroku,
kto zatrzyma się przy cierpiącym,
choćby na moment,
dotyka miejsca,
gdzie Bóg już był.
I biada nam,
jeśli w pośpiechu miniemy brata.
Bo w jego milczeniu
pyta nas sam Chrystus:
„Czy jeszcze potraficie kochać,
czy już tylko patrzeć w ekrany?”.