Przejdź do głównej treści

Zamyślnik

... odsłon

Słyszałem krzyk –
nie ptaka, nie burzy,
ale ziemi,
co pęka jak serce rozrywane gwoździem.

Krzyczały rzeki –
wyschnięte, zatrute.
Krzyczały pola –
ziarno w proch zmielone.
Krzyczały ulice –
dzieci bez spojrzenia,
starcy bez imienia.

To nie był jęk –
to był wyrok.
To nie była łza –
to była syrena przed końcem.

Ziemia wołała jak prorok:
„Człowieku, opamiętaj się!
Twój brat ginie,
a ty śpisz.
Twoje ręce budują miasta,
a w twoim sercu – ruina.
Twoje oczy w ekranach,
a Ja pytam: Gdzie jest twój brat?”

Ostatni krzyk ziemi
jest jeszcze słyszalny.
Ale cisza nadchodzi –
cisza bez powrotu.
Jeśli nie odpowiesz dziś,
jutro nie będzie już pytać.

Widziałem go – szedł ulicą,
w butach jak dla króla: złote sprzączki, purpurowa skóra,
światła neonów tańczyły na czubkach,
a każdy krok dudnił jak werbel zwycięstwa.

Ludzie ustępowali mu drogi,
jedni z zazdrością, drudzy z lękiem,
a on – wyprostowany, z twarzą kamienną,
jakby sam cesarz zstąpił na bruk.

Ale spojrzałem niżej –
na stopy obtarte, zakrwawione,
na pięty rozcięte przez ostre brzegi,
bo buty nie były jego.
Za wielkie, za ciężkie,
pożyczone.

Widziałem, jak każdy krok bolał,
jak pycha kłuła głębiej niż gwoździe,
jak blask osłaniał pustkę.

I zrozumiałem:
człowiek może włożyć królewskie buty,
ale to nie czyni go królem.
Może iść w blasku,
a jednak tonąć w ciemności.

Prawdziwy Król chodził boso po ziemi,
nie ukrył ran, nie ukrył zmęczenia.
Jego droga nie błyszczała,
a jednak niosła światło.

A człowiek? –
może wybierać:
albo buty, które ranią,
i krok, co dudni pustką,
albo nagą stopę,
która zna kurz, kamień i krew –
i prawdę, od której nie da się uciec.