Najpierw – szept, uprzejmy szum.
Dłonie w kadrze, światło flesza.
Uśmiech jak lak – pieczętuje chwilę.
Papier szeleszczy. Milkną słowa.
A ściana – czuć ją nosem.
Tynk grzeczności, pod nim pęknięcie.
Cegła z dumy, fuga ze strachu.
Żar przykryty popiołem uprzejmości.
Kto tu zapali ogień?
Czyj oddech zdmuchnie kurz z ran?
Czy jeszcze umiemy mówić prawdę,
kiedy prawda kosztuje?
Modlitwa Syna – wciąż brzmi:
aby byli jedno.
Nie grzeczni. Nie fotogeniczni.
Jedno – jak krew z serca płynie,
jak chleb łamany dzieli ból i głód.
A nasz „ekumenizm” – ciasny krąg.
Swoi do swoich, ciepło i bezpiecznie.
Inny – niech zostanie za progiem.
Niech nie kłuje pytaniem, nie rani spokoju.
Ślepniemy od własnych barw.
„Jeśli miłujecie swoich – co w tym niezwykłego?”
Słowo uderza. Nie mija.
A my wciąż wybieramy dłonie,
które klepią po plecach,
i nazywamy to jednością.
Jedność bez bólu – kłamie.
Jedność bez przebaczenia – śni.
Jedność bez krwi i łez
nie jest tą, o którą prosił Zbawiciel.
Jak daleko zaszliśmy w pozór.
Jak łatwo wierzyć, że uśmiech wystarczy,
że podpis znaczy krzyż.
Słuchaj: Jedno – nie na fotografii,
lecz przy stole przebaczenia.
Jedno – nie w deklaracjach,
lecz w ranach, które łączą.
Jedno – w prawdzie, w miłości,
w Duchu, który scala, nie skleja.
I pali to zdanie jak żar,
co wypala pozory:
łatwiej być nazwanym uczniem
niż nim być naprawdę.