Usta pełne krzyża,
a serce – cięższe niż kamień.
Słowa płoną jak pochodnie,
czyny gasną jak popiół.
Idziemy procesją,
z pieśnią na ustach,
z pogardą w oczach
dla tych, co idą obok.
Obojętni na biedę,
słabi w wierności,
silni w pysze,
gotowi do sądu,
niezdolni do miłosierdzia.
Lubimy pozory:
gest, który błyszczy,
dłoń na sercu,
fotografia w gazetach.
Ale miłość –
ta, co kosztuje,
ta, co boli –
jest nam obca.
A przecież uczeń to nie słowo,
nie znak na szyi,
nie maska na niedzielę.
Uczeń to serce rozdarte,
serce miękkie, nie kamień,
serce, które słyszy płacz brata
i odpowiada życiem.
I biada nam –
bo łatwiej nam malować twarze pobożnością,
niż pozwolić, by Chrystus
wyrył w nas swoje rany.