Patrzę –
i nie widzę siebie.
Oczy chore, zasłonięte dumą,
krzywe zwierciadło w sercu.
Własna rana – ukryta.
Własny grzech – usprawiedliwiony.
Własne kłamstwo – nazwane ostrożnością.
Własny strach – roztropnością.
Ale pył na ubraniu brata
– dostrzegam od razu.
Plamę na dłoni siostry
– wytykam palcem.
Cień w oczach drugiego
– ogłaszam hańbą.
Jak łatwo sądzić obcych,
jak trudno spojrzeć w lustro.
Jak chętnie stajemy z oskarżeniem,
jak niechętnie z prawdą.
A przecież jesteśmy ślepi:
okulary pychy, soczewki pogardy.
Widzą cudzy kurz,
a nie widzą belki,
która zgniata duszę.
I biada nam –
bo uciekamy od spojrzenia,
które przenika naprawdę.
Bo przed sobą samym
najtrudniej stanąć nagim.