Szukamy wrogów,
jakby bez nich świat był pusty.
Tworzymy ich z cienia,
z różnicy słowa,
z koloru skóry,
z innego spojrzenia.
Karmimy się gniewem,
żywimy szemraniem.
Z niezadowolenia robimy chleb,
z narzekania – wino codzienne.
Wdzięczność? – wyschnięta studnia.
Pokój? – obcy język.
Cisza? – wrogi kraj.
Łatwiej nam wzniecić oskarżenie,
niż podać rękę.
Łatwiej zbudować mur,
niż otworzyć drzwi.
Łatwiej krzyczeć: „to oni!”,
niż szeptem przyznać: „to ja”.
A ziemia drży –
nie od wojen, lecz od pychy,
która wgryza się jak rdza
w każdy most między ludźmi.
Drży od serc rozdartych,
od ust pełnych oskarżeń,
od kroków, które depczą słabszych.
A serca pustoszeją –
nie od braku chleba,
lecz od trucizny,
którą pijemy z własnych słów.
Pustoszeją,
bo karmią się zazdrością,
bo sycą się kpiną,
bo wolą jad zamiast wody żywej.
I zostaje w człowieku pustynia:
piach szemrania,
kamienie gniewu,
cisza bez modlitwy.
I biada nam –
bo wrogów widzimy wszędzie,
a brata – nigdzie.