Idzie pochylony,
jakby ziemia była cięższa od nieba.
Twarz bez uśmiechu,
oczy jak studnie – głębokie i puste.
Każdy dzień ten sam,
każda noc dłuższa od poprzedniej.
Słowa tracą barwę,
modlitwy – głos.
Serce bije,
ale jak w kamiennym sarkofagu.
Samotność przykleja się do skóry,
jak wilgoć w murach.
Cisza kłuje bardziej niż krzyk.
Ludzie mijają –
on niewidzialny.
I zdaje się – to już kres,
ciemność ostateczna,
zapomnienie,
cisza bez odpowiedzi.
A jednak –
w dalekim rogu duszy
tli się iskra.
Niewidoczna dla oczu,
ale uparta jak życie.
Drobina nadziei –
mała, krucha,
a jednak silniejsza
niż cała noc.