Dziecko – kruche, ufne, nagie w świecie.
Dziecko – serce bijące szybciej niż nasze.
Dziecko – pierwszy obraz Boga.
A my?
Zamiast ramion – mur.
Zamiast obrony – cisza.
Zamiast światła – cień.
„Lepiej, by kamień młyński zawieszono…” (Mt 18,6)
To nie metafora.
To ostrzeżenie wypowiedziane przez Tego,
który sam nazwał dzieci Królestwem.
I biada nam,
uczniom z nazwiska,
z sutanny, z ławki,
z pobożnych gestów –
jeśli najmniejsi płaczą przez nas.
Biada nam,
jeśli chronimy instytucję,
a nie dziecko.
Jeśli ważniejsze imię dorosłego,
niż łza małego.
Jeśli milczymy,
bo wygodniej słuchać ciszy
niż krzyku skrzywdzonego.
Bo nasze milczenie –
to nasza twierdza.
Chronimy je jak skarb,
jakby cisza była świętością większą
niż życie dziecka.
Zamykamy drzwi,
zasuwamy okna,
by nie słyszeć.
Bo jeśli usłyszymy,
spokój zostanie rozdarty.
Nasza enklawa –
nasza wygoda –
zburzona.
Wolimy ciszę,
choć to cisza grobów.
Wolimy spokój,
choć to spokój zdrady.
Wolimy nie wiedzieć,
bo wiedza zobowiązuje.
Nie patrzymy w oczy dziecka,
bo spojrzenie woła:
„Stań przy mnie.
Chroń mnie.
Zrób coś.”
A my spuszczamy wzrok.
Odpowiadamy milczeniem,
które jest cięższe niż krzyk.
Nawet modlitwa za nich
wydaje się dla nas zbyt trudna,
zbyt obca,
zbyt niewygodna.
Bo modlitwa otwiera rany,
a my wolimy zamykać.
A przecież uczeń Chrystusa
to ten, który staje w obronie.
Nie ten, co usprawiedliwia.
Nie ten, co tłumaczy.
Nie ten, co zasłania.
Małych nie wolno krzywdzić.
Nie wolno lekceważyć.
Nie wolno przechodzić obok.
Bo jeśli zdradzimy ich –
zdradzimy Jego.
Jeśli odwrócimy wzrok od nich –
odwrócimy się od Jego krzyża.
I przyjdzie dzień,
gdy nasze modlitwy będą sądzone
przez łzy najmniejszych.
I wtedy kamień młyński
okaże się lżejszy
niż waga naszego milczenia.