Wiara ma twarz
Na krzyżu Bóg nie wyjaśnia cierpienia z wysokości nieba. Bierze je na siebie.
Moja wiara nie zaczyna się od systemu nakazów, zbioru religijnych obyczajów ani od przynależności do instytucji. Nie rodzi się również z potrzeby uspokojenia sumienia czy znalezienia prostych odpowiedzi na pytania, wobec których człowiek pozostaje bezradny. Chrześcijaństwo nie jest dla mnie przede wszystkim światopoglądem, kodeksem moralnym ani odziedziczoną tradycją. Jest wiarą w Osobę. Jest odpowiedzią udzielaną Jezusowi Chrystusowi z Nazaretu.
To rozróżnienie ma znaczenie fundamentalne. Można bowiem znać chrześcijańskie zasady, uczestniczyć w liturgii, posługiwać się językiem Ewangelii, bronić religijnych symboli, znać modlitwy i święta, a mimo to nigdy naprawdę nie spotkać Chrystusa. Można pozostawać bardzo blisko wszystkiego, co chrześcijańskie, i jednocześnie być daleko od Tego, od którego chrześcijaństwo wzięło początek. Wiara nie polega jedynie na uznaniu, że Jezus kiedyś żył. Nie wystarcza nawet przekonanie, że Jego nauka była wzniosła, a Jego śmierć niesprawiedliwa. Wiara rozpoczyna się tam, gdzie człowiek rozpoznaje w Jezusie z Nazaretu żyjącego Syna Bożego i pozwala, aby spotkanie z Nim zakwestionowało dotychczasowy sposób myślenia, oceniania, kochania i życia.
Chrześcijaństwo ma zatem twarz. Nie jest bezosobową duchowością ani poszukiwaniem nieokreślonej siły wyższej. W jego centrum stoi konkretny Człowiek, narodzony w określonym miejscu i czasie, mówiący ludzkim głosem, dotykający chorych, spożywający posiłki z odrzuconymi, płaczący nad grobem przyjaciela, doświadczający zmęczenia, lęku, samotności i bólu. Jezus nie jest religijnym symbolem oderwanym od historii. Jest Jezusem z Nazaretu. Właśnie w tej konkretności objawia się tajemnica chrześcijańskiej wiary. Bóg nie przemówił do człowieka z bezpiecznej odległości. Nie przekazał jedynie zasad, według których należy żyć. Wszedł w ludzką historię i przyjął ludzkie życie jako własne.
To właśnie tutaj znajduje się jeden z najbardziej zdumiewających punktów chrześcijaństwa. Bóg nie tylko mówi człowiekowi, jak ma żyć. W Jezusie Chrystusie sam wchodzi w doświadczenie ludzkiego życia. Przyjmuje ciało, czas, zmęczenie, zależność, relacje, odrzucenie i śmierć. Chrześcijańska wiara nie prowadzi więc do Boga, który pozostał poza dramatem świata. Prowadzi do Boga, który w Synu wszedł w jego środek.
Dlatego wierzyć w Chrystusa znaczy znacznie więcej niż zgadzać się z Jego nauką. Można aprobować Jego słowa o miłości bliźniego, przebaczeniu i miłosierdziu, a jednak nie uznawać Jego prawa do całego naszego życia. Jezus nie pyta jedynie, czy podoba nam się Jego nauczanie. Pyta: „A wy za kogo Mnie uważacie?”. To pytanie nie domaga się wyłącznie poprawnej definicji teologicznej. Dotyka prawdy relacji. Kim On jest dla mnie? Czy pozostaje postacią z przeszłości, czy jest żywą obecnością? Czy jest jednym z elementów mojego życia, czy Tym, wobec którego całe życie uzyskuje właściwą miarę?
To pytanie nie daje mi spokoju również wtedy, kiedy sam chciałbym sprowadzić wiarę do czegoś prostszego i bezpieczniejszego. Do przekonania, że wystarczy być przyzwoitym człowiekiem. Do religijnych przyzwyczajeń. Do kilku prawd, które można spokojnie wyznać i odłożyć na półkę codzienności. Tymczasem Chrystus nie pozwala pozostawić wiary w jednej części życia. Jeżeli rzeczywiście jest Tym, za kogo uznaje Go chrześcijaństwo, wtedy Jego obecność dotyka wszystkiego: mojego sposobu patrzenia na innych, przeżywania winy, rozumienia cierpienia, korzystania z wolności, podejmowania decyzji i mierzenia się ze śmiercią.
Wiara w Osobę Chrystusa jest zaufaniem, ale nie jest naiwnością. Nie oznacza rezygnacji z rozumu ani ucieczki przed trudnymi pytaniami. Przeciwnie, prawdziwa wiara nie boi się pytań, ponieważ nie opiera się na kruchości ludzkich wyobrażeń, lecz na wierności Tego, któremu człowiek zawierzył. Wiara dojrzewa nie wtedy, gdy przestajemy pytać, lecz wtedy, gdy nawet pośród pytań nie przestajemy szukać Jego obecności. Bywa światłem, ale nie usuwa całej ciemności. Daje nadzieję, lecz nie chroni przed cierpieniem. Prowadzi ku życiu, ale wiedzie przez krzyż.
Są także chwile, kiedy sam pytam, gdzie On jest. Są modlitwy, po których nie przychodzi oczekiwane uspokojenie. Są pytania, które pozostają pytaniami znacznie dłużej, niż człowiek chciałby je nosić. Są doświadczenia, wobec których łatwo byłoby powtarzać wyuczone religijne zdania, ale znacznie trudniej rzeczywiście zaufać. W takich momentach wiara przestaje być teorią. Wtedy rozstrzyga się, czy wierzę jedynie w Boga odpowiadającego moim oczekiwaniom, czy w Chrystusa, który pozostaje obecny również wtedy, gdy nie rozumiem Jego milczenia.
Właśnie krzyż obnaża wszystkie fałszywe wyobrażenia o chrześcijaństwie. Jeżeli wiara miałaby być jedynie obietnicą bezpieczeństwa, powodzenia i wewnętrznego spokoju, Golgota pozostawałaby niezrozumiała. Jezus nie obiecuje życia wolnego od ran. Sam pozwala się zranić. Nie objawia Boga jako władcy obojętnego na ludzki ból, lecz jako Tego, który w osobie Syna wchodzi w sam środek cierpienia. Na krzyżu Bóg nie wyjaśnia cierpienia z wysokości nieba. W Jezusie Chrystusie bierze je na siebie, doświadcza go prawdziwie w ludzkiej naturze Syna i pozwala, aby ludzkie cierpienie zostało dotknięte Jego obecnością od wewnątrz.
To nie oznacza, że krzyż daje łatwą odpowiedź na pytanie, dlaczego człowiek cierpi. Chrześcijaństwo nie otrzymuje na Golgocie prostego rozwiązania problemu zła. Otrzymuje coś innego. Boga, który nie stoi obok cierpiącego człowieka. Boga, który nie obserwuje bólu z bezpiecznego miejsca. Boga, który w Chrystusie pozwala się odrzucić, upokorzyć, zranić i zabić. Tajemnica cierpienia nie zostaje przez to intelektualnie rozwiązana, lecz zostaje objęta obecnością Tego, który sam przeszedł przez ciemność.
Dlatego moja wiara nie daje mi prawa do łatwego osądzania cudzych ran. Nie pozwala mi mówić cierpiącemu człowiekowi, że jego ból jest prostą konsekwencją braku wiary. Nie upoważnia mnie do zasłaniania religijnymi zdaniami rzeczywistości przemocy, niesprawiedliwości, choroby, samotności czy śmierci. Chrystus nie ominął ludzkiego cierpienia. Przeszedł przez nie, zachowując miłość tam, gdzie człowiek najłatwiej wybiera nienawiść, zemstę albo rozpacz.
Nie mam więc prawa stawiać się ponad człowiekiem zranionym tylko dlatego, że potrafię znaleźć odpowiedni cytat z Pisma Świętego albo wypowiedzieć właściwe słowa. Czasem najbardziej chrześcijańską odpowiedzią jest obecność, która nie ucieka. Milczenie, które nie porzuca. Dłoń, która nie cofa się przed cudzą słabością. Chrystus nie zawsze odpowiadał ludziom wykładem. Niekiedy zatrzymywał się przy nich, dotykał ich, patrzył na nich i pozwalał im odzyskać godność, zanim zaczęli rozumieć cokolwiek więcej.
Wiara w Jezusa Chrystusa jest więc zgodą na to, aby On stawał się kryterium mojego postępowania. Nie chodzi tylko o pytanie, czy przestrzegam określonych przepisów. Pytanie jest głębsze. Czy moje życie rzeczywiście staje się podobne do Jego życia? Czy potrafię dostrzec człowieka, którego inni przestali widzieć? Czy moja prawda służy ocaleniu człowieka, czy jedynie daje mi poczucie przewagi? Chrystus zmusza mnie także do pytania, czy potrafię stanąć po stronie poniżonego, kiedy nie przynosi mi to korzyści, oraz czy umiem przebaczać, nie nazywając przy tym zła dobrem.
W tym miejscu chrześcijaństwo okazuje się wymagające. Łatwiej bowiem bronić Chrystusa w symbolach niż rozpoznać Go w człowieku bezdomnym, chorym, obcym, odrzuconym albo winnym. Łatwiej wypowiadać Jego imię niż pozwolić, aby Jego sposób kochania osądził nasze uprzedzenia. Łatwiej walczyć o obecność krzyża na ścianie niż przyjąć krzyż w codzienności, w odpowiedzialności, w wierności, w rezygnacji z odwetu i w służbie tym, którzy nie potrafią się odwdzięczyć.
Nie oznacza to, że Kościół, sakramenty, doktryna i moralność są nieistotne. Przeciwnie, są potrzebne, ale ich sens pozostaje zależny od Chrystusa. Kościół nie istnieje dla samego siebie. Ma prowadzić do spotkania z Nim, strzec pamięci o Nim, głosić Jego Ewangelię i czynić Jego obecność rozpoznawalną w świecie. Sakramenty nie są religijną dekoracją życia. Są znakami działania Chrystusa. Doktryna nie jest martwym zbiorem formuł. Chroni prawdę o Tym, któremu człowiek zawierza. Moralność chrześcijańska nie jest systemem kontroli. Powinna być owocem relacji z Chrystusem i odpowiedzią na otrzymaną miłość.
Właśnie dlatego Kościół potrzebuje nieustannego odniesienia do Chrystusa. Nie wystarczy, że powołuje się na Niego w nazwie, liturgii czy nauczaniu. Musi pozwalać, aby Ewangelia nieustannie sprawdzała jego sposób istnienia. Instytucja kościelna może posiadać rozbudowane struktury, historię, prawo i autorytet, a mimo to pozostaje jedynie sługą rzeczywistości większej od siebie. Jej godność wypływa z Chrystusa, nie z niej samej.
Jeżeli Kościół przestaje prowadzić do Jezusa, a zaczyna prowadzić jedynie do samego siebie, zdradza własne powołanie. Jeżeli broni swojej pozycji kosztem człowieka, zaprzecza Temu, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć. Jeżeli głosi miłosierdzie, lecz nie okazuje go zranionym, jego słowa stają się niewiarygodne. Kościół nie jest właścicielem Chrystusa. To Chrystus jest Panem Kościoła i nieustannie poddaje go osądowi Ewangelii.
Moja wiara nie jest również przekonaniem o własnej moralnej wyższości. Nie wierzę dlatego, że jestem lepszy od tych, którzy nie wierzą. Wierzę, ponieważ potrzebuję zbawienia. Potrzebuję prawdy większej od moich usprawiedliwień, miłosierdzia większego od mojej winy i życia silniejszego od śmierci. Chrześcijaństwo zaczyna się od uznania, że człowiek nie zbawia sam siebie. Może rozwijać wiedzę, budować cywilizacje i przekraczać granice technologii, a jednak pozostaje bezradny wobec własnego egoizmu, przemocy, winy i przemijania. Chrystus nie przychodzi jako nagroda dla doskonałych. Przychodzi jako Zbawiciel zagubionych.
Słowo „zbawienie” nie oznacza dla mnie jedynie pocieszenia ani obietnicy, że po śmierci wydarzy się coś dobrego. Chrystus zbawia człowieka z rzeczywistości znacznie głębszej. Z niewoli grzechu, który niszczy relację z Bogiem, drugim człowiekiem i samym sobą. Z winy, której człowiek nie potrafi sam wymazać. Z egoizmu, który potrafi podporządkować sobie nawet rzeczy dobre. Z lęku przed utratą życia. Z panowania śmierci, wobec której wszystkie ludzkie osiągnięcia okazują się ostatecznie bezsilne. Zbawienie oznacza przywrócenie człowieka do komunii z Bogiem i otwarcie przed nim życia, którego śmierć nie jest już w stanie ostatecznie zamknąć.
Dlatego Chrystus nie jest dla mnie tylko Nauczycielem, którego można podziwiać. Nie jest wyłącznie wzorem moralnym ani prorokiem wskazującym kierunek. Jest Zbawicielem. Gdyby chodziło jedynie o dobre nauczanie, człowiek potrzebowałby przede wszystkim lepszego kodeksu. Chrześcijaństwo mówi jednak coś znacznie bardziej wymagającego. Problem człowieka nie polega wyłącznie na tym, że nie zna dobra. Często wie, co jest dobre, a mimo to wybiera inaczej. Potrzebuje więc nie tylko pouczenia, lecz przemiany. Nie tylko informacji o drodze, lecz Tego, który sam staje się drogą.
Wiara w Niego nie jest jednak jednorazową deklaracją. Jest drogą, na której człowiek nieustannie uczy się Chrystusa. Na tej drodze są chwile pewności, ale są również zwątpienie, milczenie i zmęczenie. Jest modlitwa, która przynosi pokój, oraz modlitwa, podczas której człowiek nie czuje niczego. Jest wierność, ale są także upadki. Dojrzała wiara nie polega na tym, że człowiek nigdy nie upada. Polega na tym, że nawet pośród własnej słabości pozwala Chrystusowi siebie odnaleźć, podnieść i na nowo poprowadzić.
Bywa, że właśnie słabość odsłania prawdę o wierze bardziej niż chwile pewności. Dopóki człowiek jest przekonany o własnej sile, łatwo może pomylić wiarę z poczuciem kontroli. Dopiero wtedy, kiedy doświadcza własnych granic, może odkryć, że zaufanie Chrystusowi nie polega na przedstawieniu Mu doskonałej wersji samego siebie. Polega na stanięciu przed Nim także z tym, czego się wstydzę, czego nie rozumiem i czego nie potrafię sam naprawić.
Najgłębszą treścią chrześcijaństwa pozostaje jednak zmartwychwstanie. Gdyby Jezus był jedynie nauczycielem zamordowanym przez władzę, można byłoby zachować Jego słowa, lecz nie można byłoby powierzyć Mu całego życia i śmierci. Wiara chrześcijańska głosi coś znacznie bardziej radykalnego: Ukrzyżowany żyje. Śmierć nie zdołała unieważnić Jego miłości. Grób nie stał się ostatnim słowem Boga o człowieku. Zmartwychwstanie nie jest dodatkiem do opowieści o Jezusie. Jest odpowiedzią Boga na krzyż, grzech, rozpacz i śmierć.
Bez zmartwychwstania chrześcijaństwo można byłoby podziwiać jako piękny projekt etyczny, ale nie można byłoby na nim oprzeć całej egzystencji. Zmartwychwstanie zmienia znaczenie wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej. Pokazuje, że miłość objawiona na krzyżu nie była heroiczną klęską. Pokazuje, że wierność Boga okazała się silniejsza niż śmierć. Dlatego chrześcijańska nadzieja nie polega na przekonaniu, że wszystko zawsze dobrze się ułoży. Polega na czymś znacznie większym. Na wierze, że nawet tam, gdzie człowiek widzi kres, Bóg nie musi widzieć końca.
Dlatego wierzyć w Jezusa Chrystusa znaczy uwierzyć, że żaden człowiek nie jest ostatecznie zamknięty w swojej przeszłości, winie ani cierpieniu. Znaczy żyć nadzieją, która nie wynika z optymistycznej oceny świata, lecz z przekonania, że Bóg potrafi wyprowadzić życie nawet z grobu. Chrześcijańska nadzieja nie zaprzecza ciemności. Patrzy na nią bez złudzeń, ale nie uznaje jej za ostateczną.
To właśnie zmartwychwstanie pozwala mi wierzyć, że człowiek nie jest sumą swoich porażek. Że nie musi być na zawsze więźniem tego, co uczynił albo czego doświadczył. Że zło pozostaje złem, ale nie otrzymuje prawa do ostatniego słowa. Że przebaczenie nie jest zapomnieniem prawdy, lecz możliwością powstania z miejsca, które wydawało się końcem. I że nawet śmierć, najbardziej radykalna granica ludzkiego doświadczenia, nie znajduje się poza zasięgiem Boga.
Tym właśnie jest moja wiara. Nie posiadaniem wszystkich odpowiedzi, lecz powierzeniem siebie Temu, który jest odpowiedzią Boga daną człowiekowi. Nie jest ucieczką od świata. Przeciwnie, zobowiązuje mnie, abym żył w nim według miary Chrystusa. Nie służy budowaniu kultu własnej doskonałości, ponieważ nieustannie przypomina mi o potrzebie przemiany. Nie daje mi także poczucia, że już dotarłem. Jest decyzją podejmowaną ciągle na nowo, że chcę za Nim iść.
Moja wiara ma imię.
Ma twarz Jezusa z Nazaretu. Twarz Boga, który pozwolił się zobaczyć w ludzkiej twarzy. Ma dłonie dotykające trędowatych, oczy dostrzegające odrzuconych, głos przywracający nadzieję tym, których inni skazali już na milczenie. Ma ciało przybite do krzyża i grób, który pozostał pusty.
Jej centrum nie stanowi idea, lecz żyjący Jezus Chrystus. To Jemu wierzę. Jemu powierzam swoje pytania, także te, na które nie znajduję odpowiedzi. Jemu powierzam winy, których nie mogę cofnąć, cierpienie, którego nie potrafię wyjaśnić, nadzieję, której czasem muszę uczyć się od początku, moje życie i moją śmierć.
Nie wiem wszystkiego. Nie rozumiem wszystkiego. Nie zawsze potrafię być wierny temu, co sam wyznaję. Ale chrześcijaństwo nigdy nie było dla mnie obietnicą, że człowiek będzie miał wszystkie odpowiedzi. Jest wezwaniem, aby zaufać Temu, który przeszedł przez ludzkie życie aż do jego najciemniejszej granicy i wyszedł poza nią.
Dlatego moja wiara ma twarz.
Twarz Jezusa Chrystusa.
I tylko w odniesieniu do Niego słowo „chrześcijaństwo” zachowuje swoją prawdziwą treść.
