Ekumenizm pozorów
Pozorna jedność
Są słowa tak wielkie, że człowiek powinien wypowiadać je z pewnym drżeniem. Nie dlatego, że należy się ich bać, lecz dlatego, że można bardzo łatwo odebrać im znaczenie, pozostawiając jedynie dobrze brzmiącą nazwę. Historia zna wiele takich pojęć. Największe idee nie zawsze umierają wtedy, kiedy ktoś otwarcie je odrzuca albo zaczyna z nimi walczyć. Czasem umierają znacznie ciszej. Pozostają w języku, pojawiają się w dokumentach, przemówieniach i deklaracjach, powtarzamy je podczas spotkań, konferencji i nabożeństw, a jednocześnie coraz mniej pytamy, co właściwie znaczą i do czego nas zobowiązują. Jednym z takich słów jest dzisiaj jedność.
Chrześcijaństwo od samego początku nosi w sobie pragnienie jedności, ale nie narodziło się ono z ludzkiej strategii. Nie było pomysłem uczniów, którzy po odejściu Mistrza postanowili stworzyć sprawnie działającą wspólnotę i zabezpieczyć Jego dziedzictwo przed rozpadem. Nie było również projektem administracyjnym ani próbą zbudowania silnej organizacji zdolnej przetrwać kolejne pokolenia. Źródło chrześcijańskiej jedności znajduje się znacznie głębiej. Znajduje się w modlitwie samego Chrystusa: „Aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie” (J 17,21).
Nie jest przypadkiem, że słowa te padają właśnie wtedy. Chrystus znajduje się u progu męki. Wie, co Go czeka. Wie również, że wspólnota, którą pozostawia, będzie wystawiona na próbę. I w tej godzinie nie modli się o jej potęgę, wpływy ani historyczny sukces. Nie prosi Ojca, aby Jego uczniowie stali się najliczniejszą wspólnotą świata, aby zdobyli polityczne znaczenie, wielkie świątynie, rozbudowane struktury albo społeczne uznanie. Prosi o coś znacznie bardziej wymagającego. Prosi, aby byli jedno. Co więcej, nie pozostawia tej jedności bez miary. Jej wzorem ma być relacja Syna z Ojcem. To właśnie dlatego nie wolno sprowadzać chrześcijańskiej jedności do poprawnych relacji pomiędzy instytucjami. W modlitwie Jezusa chodzi o coś nieskończenie większego niż brak konfliktu.
W tym miejscu pojawia się pytanie, którego chrześcijaństwo nie powinno unikać: czy jedność, której dzisiaj szukamy, jest jeszcze jednością, o którą modlił się Chrystus? Możemy bowiem nauczyć się spotykać, rozmawiać ze sobą bez wrogości, wydawać wspólne oświadczenia i uczestniczyć w tych samych uroczystościach, a mimo to pozostać od siebie bardzo daleko. Możemy stworzyć doskonały język wzajemnego szacunku i jednocześnie nigdy naprawdę nie zapytać, dlaczego uczniowie jednego Chrystusa nadal nie potrafią stanąć przy jednym stole. Możemy nawet uznać taki stan za wystarczający i właśnie w tym miejscu pojawia się niebezpieczeństwo jedności pozornej.
Istnieje bowiem ogromna różnica pomiędzy pojednaniem a uprzejmym dystansem. Istnieje różnica pomiędzy szacunkiem wobec drugiego człowieka a pragnieniem odnalezienia w nim brata. Istnieje różnica pomiędzy spokojnym współistnieniem wspólnot religijnych a rzeczywistym poszukiwaniem tego, co oznacza należeć do jednego Chrystusa. Uprzejmość jest potrzebna. Szacunek jest konieczny. Dialog jest niezbędny. Ale żadne z nich samo w sobie nie jest jeszcze jednością.
Ekumenizm nie może więc stać się sztuką unikania pytań, na które trudno odpowiedzieć. Jeżeli rozmowę o jedności będziemy prowadzić wyłącznie w tych obszarach, w których wszyscy już się zgadzamy, szybko osiągniemy bardzo komfortową sytuację. Będziemy mogli wspólnie mówić o pokoju, godności człowieka, ubóstwie, odpowiedzialności społecznej, ochronie stworzenia czy potrzebie obecności chrześcijaństwa w życiu publicznym. Wszystko to jest ważne. Problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy ten łatwiejszy obszar współpracy staje się substytutem pytań naprawdę eklezjalnych: czym jest Kościół, czym jest Eucharystia, czym jest urząd, czym jest sukcesja, gdzie znajduje się źródło sakramentalności, jak rozumieć apostolskość i co właściwie oznacza wspólnota uczniów Chrystusa.
Nie można budować domu jedynie poprzez malowanie jego ścian. Jeżeli fundament pozostaje pęknięty, estetyka fasady nie rozwiązuje problemu. Podobnie jest z jednością chrześcijan. Możemy zbudować piękną kulturę spotkania, lecz jeśli zabraknie odwagi dotknięcia przyczyn rozdzielenia, możemy przez kolejne dziesięciolecia mówić o jedności, nie wykonując nawet jednego kroku w jej stronę.
Prawdziwa jedność nie może bać się prawdy. Nie dlatego, że prawda ma służyć do zwyciężania drugiego człowieka. Historia chrześcijaństwa zbyt dobrze pokazuje, co dzieje się wtedy, kiedy prawda zostaje zamieniona w narzędzie przemocy, dominacji albo upokorzenia. Chrześcijanie wielokrotnie potrafili używać swoich przekonań niczym kamieni rzucanych w tych, których uznawali za błądzących. Ale istnieje również przeciwna skrajność, znacznie subtelniejsza. Można z lęku przed konfliktem przestać zadawać pytania o prawdę. Można nazwać to szacunkiem, dojrzałością albo otwartością, a w rzeczywistości po prostu zrezygnować z poszukiwania odpowiedzi.
Miłość, która boi się prawdy, w końcu staje się sentymentem, natomiast prawda, która nie zna miłości, może stać się ciężarem nie do uniesienia. Ewangelia nie pozwala chrześcijaninowi wybrać tylko jednej z nich. Chrystus nie mówi przecież: zachowajcie prawdę, nawet jeśli przestaniecie się kochać. Nie mówi również: kochajcie się tak, aby nigdy nie pytać, co jest prawdą. W Nim jedno nie istnieje bez drugiego.
Podziały chrześcijaństwa należą do najgłębszych ran historii Kościoła. Nie można jednak opowiadać o nich wyłącznie językiem dokumentów, soborów, sporów doktrynalnych i dat. Za każdym rozłamem stali ludzie. Były ambicje i lęki, nieufność i polityka, uprzedzenia narodowe i interesy władców, ale było także autentyczne pragnienie dochowania wierności temu, co poszczególne strony uważały za prawdę otrzymaną od Boga. Historia Kościoła nie jest prostą opowieścią o jednych, którzy zawsze mieli rację, i drugich, którzy przez całe wieki pozostawali w błędzie. Jest historią ludzi wierzących, a więc również historią ludzkiej słabości.
To właśnie dlatego ekumenizm, jeśli ma być czymś więcej niż dyplomacją kościelną, musi rozpoczynać się od pokory. Nie od pokory rozumianej jako rezygnacja z własnych przekonań, ale od zdolności postawienia pytania także sobie. Zanim zapytam, z czego powinien zrezygnować drugi człowiek, powinienem zapytać, czy ja sam jestem wystarczająco blisko Chrystusa, aby naprawdę rozumieć, czego bronię. Można bowiem przez całe życie bronić tradycji i w pewnym momencie przestać zauważać Tego, któremu ta tradycja miała służyć.
Największym zagrożeniem dla jedności nie jest sama różnorodność. Pierwszy Kościół również nie był monolitem. Inna była droga Piotra, inna Pawła. Inne doświadczenie przynosili do wspólnot ludzie wychowani w judaizmie, inne ci, którzy przychodzili ze świata pogańskiego. Pierwsze pokolenia chrześcijan znały napięcia, spory i różne sposoby wyrażania wiary. Jedność nie oznaczała jednak usunięcia wszelkich różnic. Oznaczała odnalezienie centrum, wobec którego wszystkie te różnice stawały się drugorzędne.
Tym centrum nie była kultura, naród, język, władza ani struktura. Tym centrum był Chrystus. Właśnie tutaj znajduje się miara każdej chrześcijańskiej jedności. Im bliżej Chrystusa, tym trudniej zaakceptować obojętność wobec podziału. Jeżeli bowiem naprawdę wierzymy, że zostaliśmy ochrzczeni w jednym Panu, że czytamy tę samą Ewangelię, że modlimy się do tego samego Ojca i wyznajemy tego samego Jezusa jako Syna Bożego, to podział pomiędzy Jego uczniami nie może stać się czymś zwyczajnym.
A jednak właśnie do tego można się przyzwyczaić.
Może największym dramatem współczesnego chrześcijaństwa nie jest już sam fakt podziału, lecz to, że nauczyliśmy się z nim wygodnie żyć. Stworzyliśmy system, który pozwala nam być osobno bez poczucia, że dzieje się coś nienaturalnego. Mamy własne świątynie, własne seminaria, własne struktury, własne kalendarze, własne urzędy, własne media i własny język. Spotykamy się od czasu do czasu, uśmiechamy się do siebie, wykonujemy wspólne fotografie, uczestniczymy w ekumenicznych nabożeństwach i wracamy do swoich światów. Wszystko pozostaje uporządkowane. Nikt nie musi niczego ryzykować.
I właśnie dlatego trzeba postawić pytanie znacznie trudniejsze niż wszystkie dotychczasowe: czy jeszcze naprawdę cierpimy z powodu podziału chrześcijaństwa?
Jeżeli rana przestaje boleć, człowiek często zaczyna uważać, że została uleczona. Tymczasem utrata czucia nie zawsze oznacza zdrowie. Czasami oznacza coś znacznie groźniejszego. Chrześcijaństwo może więc dojść do sytuacji, w której podział przestanie być przeżywany jako rana nie dlatego, że osiągnęliśmy jedność, ale dlatego, że przestaliśmy jej pragnąć.
Pozorny ekumenizm może wówczas zadowolić się faktem, że chrześcijanie przestali ze sobą walczyć. Prawdziwy ekumenizm nie zatrzyma się w tym miejscu. Zapyta, dlaczego nadal nie potrafimy być razem. Nie uczyni tego z naiwnością. Nie będzie udawał, że wielowiekowe różnice teologiczne można rozwiązać jednym gestem albo wspólną deklaracją. Nie będzie również wymagał od kogokolwiek rezygnacji z sumienia. Będzie jednak nieustannie przypominał, że stan rozdzielenia nie jest ostatecznym modelem chrześcijaństwa.
To ogromna różnica, ponieważ można przyjąć podział jako fakt historyczny albo przeżywać go jako pytanie skierowane do własnego sumienia. W pierwszym przypadku ekumenizm staje się administracją istniejących różnic. W drugim staje się drogą nawrócenia.
Możliwe, że przez lata nauczyliśmy się zarządzać podziałem znacznie lepiej, niż potrafimy go przezwyciężać. Powstały komisje, rady, tygodnie modlitw, dokumenty dialogu i dziesiątki instytucji zajmujących się ekumenizmem. Ich praca ma znaczenie i nie wolno jej lekceważyć. Ale nawet najbardziej kompetentne struktury nie odpowiedzą za nas na pytanie, czy naprawdę chcemy jedności, jeśli miałaby nas ona coś kosztować. Łatwo bowiem pragnąć jedności abstrakcyjnej. Znacznie trudniej pragnąć jedności, która może wymagać rewizji własnych przyzwyczajeń, języka, sposobu patrzenia na historię albo oceny drugiego człowieka.
Najtrudniejszy ekumenizm rozpoczyna się być może nie przy stole komisji teologicznej, ale w momencie, kiedy człowiek przestaje myśleć o innym chrześcijaninie przede wszystkim poprzez nazwę jego Kościoła. Kiedy najpierw dostrzega w nim człowieka ochrzczonego w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Kiedy potrafi słuchać jego historii bez natychmiastowej potrzeby udowodnienia własnej racji. Kiedy jest gotów przyznać, że również jego wspólnota nosi ślady własnej historii, własnych błędów i własnych ludzkich ograniczeń.
Ale właśnie tutaj trzeba postawić pytanie, od którego najłatwiej uciec. Co z tymi, których sami wykluczamy? Nie z tymi, którzy odrzucili Chrystusa. Nie z tymi, którzy nie chcą mieć nic wspólnego z Ewangelią. Chodzi o tych, którzy również wypowiadają Jego imię, czytają Ewangelię, zostali ochrzczeni, modlą się do tego samego Ojca, wierzą w tego samego Zbawiciela, a mimo to słyszą, że przy wspólnej modlitwie nie ma dla nich miejsca.
Czasem takie wykluczenie nie zostaje nawet nazwane. Nie mamy odwagi powiedzieć: nie chcemy was. Nie chcemy się z wami modlić. Nie chcemy z wami współpracować. Nie chcemy was przy naszym stole. Nie widzimy dla was miejsca w przestrzeni, którą nazywamy ekumeniczną. Zamiast tego wybieramy język znacznie bardziej elegancki. Mówimy, że nie widzimy obecnie możliwości wspólnej modlitwy. Że nie ma przestrzeni do współpracy. Że warunki jeszcze nie dojrzały. Że struktury nie przewidują takiej obecności. Że potrzebny jest czas. Że sytuacja jest złożona. Że trzeba zachować ostrożność.
Być może czasem jest to prawda. Nie każda odmowa jest wykluczeniem i nie każde ograniczenie wynika ze złej woli. Istnieją rzeczywiste różnice doktrynalne, istnieją granice sumienia, istnieją sytuacje wymagające roztropności. Ale właśnie dlatego trzeba mieć odwagę zapytać, czy każde „nie widzimy możliwości” rzeczywiście oznacza, że możliwości nie ma, czy czasem jedynie, że nie chcemy jej szukać.
Bo po drugiej stronie naszych poprawnych formuł nadal stoi człowiek. Stoi wspólnota. Stoją chrześcijanie, którym w praktyce powiedzieliśmy: dla was tutaj nie ma miejsca.
I właśnie tutaj trzeba przestać oszukiwać samych siebie. Jeżeli za poprawnymi formułami kryje się decyzja, że z jednymi chrześcijanami chcemy się modlić, rozmawiać i współpracować, a z innymi nie, problem nie znika tylko dlatego, że nazwaliśmy go rozeznaniem. Jeżeli od początku wiadomo, że odpowiedź będzie negatywna, jeżeli nie próbujemy nawet poznać drugiej wspólnoty, usłyszeć jej wiary, zobaczyć jej życia, zapytać o jej doświadczenie i pozwolić jej stanąć obok nas przed Bogiem, wtedy nie mamy już do czynienia z rozeznaniem. Mamy do czynienia z decyzją podjętą wcześniej, a dopiero później obudowaną odpowiednim językiem.
Trzeba więc zapytać bardzo konkretnie: kto daje nam prawo decydować, który chrześcijanin jest wystarczająco godny, aby razem z nami się modlić? Na jakiej podstawie uznajemy, że jeden Kościół zasługuje na zaproszenie, a drugi nie? Czy naprawdę rozstrzygają o tym kwestie wiary, sumienia i doktryny, czy może czasami znaczenie instytucji, liczba wiernych, historyczna pozycja, rozpoznawalność, wpływy i zwyczajna wygoda?
Czy nie tworzymy czasem ekumenizmu dużych z dużymi, uznanych z uznanymi, historycznych z historycznymi? Ekumenizmu tych, którzy wzajemnie potwierdzają swoją rangę, znaczenie i miejsce w religijnym porządku? Ekumenizmu, w którym łatwiej znaleźć miejsce dla instytucji posiadającej rozbudowane struktury, licznych wiernych, wielowiekową historię i odpowiednie kontakty niż dla niewielkiej wspólnoty, która może nie posiadać niczego poza swoim wyznaniem wiary i pragnieniem wspólnej modlitwy?
A co z pozostałymi?
Co z tymi, którzy nie mają wielkich struktur, reprezentacyjnych siedzib, tysięcy wiernych i nazwisk rozpoznawanych przez media? Co z tymi, których łatwo pominąć, ponieważ ich nieobecność niczego nam nie odbiera? Co z tymi, których można nie zaprosić bez żadnych konsekwencji? Co z tymi, których wykluczenie nie wywoła protestu, ponieważ nie posiadają dostatecznych wpływów, aby ich głos został usłyszany?
A może trzeba pójść jeszcze dalej i zadać pytanie jeszcze bardziej niewygodne: ile w naszych relacjach międzykościelnych jest rzeczywiście Ewangelii, a ile układu?
Ile razy wspólnota staje się mile widziana nie dlatego, że rozpoznajemy w niej braci i siostry w Chrystusie, lecz dlatego, że posiada znaczenie społeczne, dostęp do instytucji, wpływy, kontakty, odpowiednie relacje z władzą albo możliwość otwierania drzwi, do których inni nie mają dostępu? Ile razy łatwiej usiąść przy jednym stole z tymi, którzy są obecni w przestrzeni politycznej, znają ministrów, parlamentarzystów, samorządowców czy ludzi odpowiedzialnych za publiczne instytucje, niż z tymi, którzy nie mogą zaoferować niczego poza własną wiarą?
Nie chodzi o to, aby samo spotkanie duchownych z politykami uznać za coś niewłaściwego. Kościoły istnieją w społeczeństwie i mają prawo uczestniczyć w życiu publicznym. Problem rozpoczyna się gdzie indziej. Wtedy, kiedy polityczna bliskość, społeczne wpływy albo dostęp do władzy zaczynają decydować o tym, kto zostaje uznany za partnera godnego rozmowy, wspólnej modlitwy i obecności, a kto pozostaje poza kręgiem.
Jeżeli zaczynamy wybierać partnerów ekumenicznych według ich użyteczności, możliwości, wpływów albo zdolności wzmacniania naszego własnego miejsca w przestrzeni publicznej, wtedy nie budujemy komunii. Budujemy układ.
Możemy nadal używać słowa „jedność”. Możemy wykonywać wspólne fotografie podczas nabożeństw. Możemy podpisywać deklaracje, mówić o braterstwie, zasiadać przy oficjalnych stołach i organizować wspólne uroczystości. Ale jeżeli gdzieś w tle pojawia się pytanie, kto ma dostęp, kto zna właściwych ludzi, kto posiada odpowiednią pozycję, kto może coś załatwić, kto wnosi prestiż, a kto nie daje niczego, wtedy język Ewangelii zaczyna stawać się przykrywką dla logiki świata.
A przecież Chrystus nie budował wspólnoty poprzez dobór ludzi według ich znaczenia. Nie pytał, kto posiada wpływy. Nie ustawiał uczniów według dostępu do władzy. Nie wybierał tych, którzy mogli zapewnić Mu polityczne bezpieczeństwo, społeczną pozycję czy odpowiednie kontakty. W Jego otoczeniu znajdowali się ludzie, których świat łatwo pomijał. Ci, którzy nie mieli znaczenia. Ci, których obecność nie zwiększała niczyjego prestiżu. Ci, którzy nie należeli do elit. Ci, którzy nie mogli zaoferować niczego poza sobą.
Dlatego szczególnie niebezpieczny staje się ekumenizm, który zaczyna odtwarzać logikę świata. Silny wybiera silnego. Wpływowy spotyka się z wpływowym. Rozpoznawalny uznaje rozpoznawalnego. Ci, którzy mają znaczenie, potwierdzają wzajemnie własne znaczenie, a człowiek bez znaczenia czeka pod drzwiami.
Wtedy trzeba zapytać: gdzie w tym wszystkim jest Chrystus?
Co z Kościołami, które nie mają politycznych protektorów? Co z tymi, które nie stoją blisko żadnej partii, żadnego urzędu, żadnego centrum wpływu? Co z tymi, których przedstawiciele nie pojawiają się przy oficjalnych stołach, nie bywają na salonach i nie posiadają kontaktów czyniących ich obecność pożądaną? Czy ich modlitwa jest mniej chrześcijańska? Czy ich chrzest jest mniej realny? Czy ich wiara w Chrystusa staje się mniej warta dlatego, że nie przynosi nikomu politycznego ani społecznego kapitału?
I właśnie tutaj słowa Chrystusa nabierają szczególnej ostrości: „Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie?” A chwilę później: „I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie?” (Mt 5,46–47).
Można te słowa przeczytać i natychmiast przejść dalej. Można również pozwolić, aby zaczęły niepokoić.
Bo cóż szczególnego jest w jedności z tymi, którzy już nas akceptują? Cóż szczególnego jest w modlitwie z tymi, którzy należą do tego samego kręgu, uczestniczą w tych samych spotkaniach, podpisują te same dokumenty, znają tych samych ludzi i wzajemnie potwierdzają swoją kościelną oraz społeczną wiarygodność? Cóż szczególnego jest w otwartości wobec tych, których obecność jest dla nas wygodna, bezpieczna albo korzystna?
Prawdziwy sprawdzian zaczyna się dopiero wtedy, kiedy przed nami staje ktoś, kogo nie wybraliśmy. Ktoś, kto nie należy do naszego świata. Ktoś z Kościoła, którego nie znamy, którego nie cenimy, którego znaczenia nie uznajemy albo którego obecność burzy wygodny porządek.
I właśnie wtedy okazuje się, czym naprawdę jest nasz ekumenizm.
Możemy oczywiście powiedzieć, że istnieją granice doktrynalne. Istnieją. Możemy powiedzieć, że pełna komunia sakramentalna nie wszędzie jest możliwa. To również prawda. Możemy powiedzieć, że nie każda forma współpracy jest zawsze rozsądna. Także to należy uczciwie przyznać. Ale czym innym jest odpowiedzialność za własną wiarę, a czym innym stworzenie trwałej kategorii chrześcijan, których z góry uznajemy za niegodnych wspólnej modlitwy.
Czym innym jest powiedzieć: nie możemy jeszcze dzielić Eucharystii, a czym innym powiedzieć: nie chcemy nawet razem stanąć przed Bogiem.
Jeżeli nie potrafimy dostrzec tej różnicy, zaczyna się coś bardzo niebezpiecznego. Ekumenizm przestaje być drogą ku jedności, a zaczyna przypominać system selekcji.
Powstaje ekumenizm elitarny. Ekumenizm, w którym drzwi są wprawdzie otwarte, ale wcześniej ktoś ustala listę tych, którzy mogą przez nie wejść. Ekumenizm, który mówi o braterstwie, lecz najpierw sam określa, kogo wolno nazwać bratem. Ekumenizm, który modli się o jedność, a jednocześnie pozostawia przed drzwiami tych, którzy nie posiadają odpowiedniej pozycji, odpowiedniej historii, odpowiedniego znaczenia, odpowiednich wpływów ani odpowiednich kontaktów.
I wtedy trzeba powiedzieć coś jeszcze trudniejszego.
Można wykluczenie ubrać w piękne słowa. Można je opisać językiem teologii, prawa, tradycji, procedur i odpowiedzialności. Można stworzyć dla niego całe uzasadnienie. Można powiedzieć, że przecież nikogo nie odrzucamy, a jedynie „nie widzimy możliwości”. Ale pozostaje pytanie, którego nie da się zagłuszyć żadnym dokumentem: dlaczego człowiek, który przyszedł modlić się w imię Chrystusa, został przez innych uczniów Chrystusa pozostawiony poza drzwiami?
Co odpowiedzielibyśmy Jezusowi, gdyby to On zadał nam to pytanie?
Czy powiedzielibyśmy Mu, że ta wspólnota była zbyt mała? Że nie miała odpowiedniej pozycji? Że nie została uznana przez właściwe środowisko? Że nie posiadała wystarczających wpływów? Że nie miała odpowiednich relacji politycznych? Że nikt znaczący za nią nie stał? Że jej obecność nie dawała prestiżu? Że nie pasowała do naszego modelu? Że była dla nas niewygodna? Że nie widzieliśmy możliwości współpracy?
I czy naprawdę sądzimy, że taka odpowiedź wystarczyłaby Temu, który modlił się: „aby wszyscy stanowili jedno”?
Nie: aby stanowili jedno ci najbardziej znaczący. Nie: aby stanowili jedno ci uznani. Nie: aby stanowili jedno ci posiadający dostęp do władzy, struktur i wpływów. Nie: aby stanowili jedno ci, których obecność jest dla nas użyteczna. Nie: aby stanowili jedno ci, których sami wcześniej uznamy za wystarczająco ważnych.
Aby wszyscy.
Jeżeli więc jedność oznacza jedynie jedność tych, których sami wcześniej wybraliśmy, nie jest już jednością wszystkich uczniów Chrystusa. Jest jednością wyselekcjonowanych.
I być może właśnie tutaj współczesny ekumenizm powinien zadać sobie jedno z najtrudniejszych pytań: czy naprawdę otwieramy drzwi, czy tylko nauczyliśmy się bardzo elegancko tłumaczyć, dlaczego pozostają zamknięte?
Nie oznacza to relatywizmu. Nie oznacza stwierdzenia, że wszystkie różnice są pozorne, wszystkie nauki równoważne, a teologia nie ma znaczenia. Przeciwnie. Jeżeli jedność ma być prawdziwa, musi potraktować różnice poważnie. Nie można pojednać tego, czego wcześniej uczciwie się nie nazwało. Nie można uleczyć rany, której nie chce się zobaczyć.
Istnieje jednak jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Chrześcijańska jedność może zostać pomylona z jednością instytucjonalną. Można zacząć wyobrażać ją sobie jako wielką strukturę, w której wszystkie Kościoły zostaną w jakiś sposób organizacyjnie połączone. Tymczasem modlitwa Chrystusa prowadzi znacznie głębiej. „Jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie”. Nie jest to język administracji. To język komunii. Jedność chrześcijan nie może więc być jedynie rezultatem negocjacji pomiędzy strukturami. Musi wyrastać ze wspólnego zakorzenienia w Bogu.
Dlatego każda autentyczna droga ekumeniczna ostatecznie prowadzi nie tylko ku drugiemu chrześcijaninowi, ale przede wszystkim ku Chrystusowi. Jeśli dwie wspólnoty próbują zbliżyć się do siebie, nie zbliżając się równocześnie do Niego, ich spotkanie może pozostać jedynie dyplomacją. Można stworzyć wtedy doskonałą przestrzeń współpracy, a jednak nigdy nie dotknąć istoty problemu. Im bliżej natomiast Chrystusa znajdują się ludzie, tym trudniej uzasadnić wszystko to, co przez wieki uczyniło ich sobie obcymi.
Być może nadejdzie czas, kiedy dawne granice chrześcijaństwa staną się dla świata zupełnie niezrozumiałe. Kolejne pokolenia mogą już nie znać historycznych przyczyn naszych sporów. Nie będą wiedziały, gdzie przebiegały dawne linie konfliktów i dlaczego przez stulecia potrafiliśmy budować swoją tożsamość poprzez przeciwstawienie się innym chrześcijanom. Mogą patrzeć na nas z zewnątrz i zadawać pytanie znacznie prostsze niż wszystkie traktaty eklezjologiczne: skoro wszyscy powołujecie się na Jezusa Chrystusa, dlaczego nie potraficie być razem?
Na takie pytanie nie wystarczy odpowiedzieć historią. Historia może wyjaśnić, skąd przyszliśmy, ale nie usprawiedliwia bez końca miejsca, w którym postanowiliśmy pozostać.
Chrystus połączył z jednością swoich uczniów jeszcze coś więcej. Powiedział: „aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał”. W tym zdaniu jedność przestaje być wewnętrzną sprawą chrześcijan. Staje się częścią świadectwa Ewangelii. Świat ma prawo patrzeć na uczniów Jezusa i pytać, czy ich życie potwierdza słowa, które głoszą. Jeżeli mówimy o pojednaniu, sami pozostając pogodzeni z własnym rozdzieleniem, nasze świadectwo staje się mniej czytelne.
Może właśnie dlatego pytanie o jedność jest dzisiaj pilniejsze, niż chcielibyśmy przyznać. Chrześcijaństwo w wielu częściach świata traci znaczenie społeczne, maleje liczba ludzi związanych z Kościołami, kolejne pokolenia coraz słabiej rozumieją język wiary. W takiej sytuacji łatwo odpowiedzieć odruchem obronnym i jeszcze silniej zamknąć się we własnych tradycjach. Można jednak zobaczyć w tym również wezwanie do powrotu do rzeczy najważniejszych. Do pytania nie o to, jak ocalić własną instytucję, ale jak pozostać wiernym Chrystusowi.
Być może pewnego dnia chrześcijanie różnych tradycji staną wspólnie wobec świata, który nie będzie już zainteresowany ich dawnymi sporami. Nie zapyta o historyczne granice jurysdykcji, o kolejność dawnych konfliktów ani o to, kto pierwszy wypowiedział słowa, które doprowadziły do rozłamu. Zapyta o Chrystusa.
I wtedy może się okazać, że najtrudniejsze pytanie nie będzie brzmiało: kto miał rację? Być może zabrzmi ono inaczej: skoro wszyscy należeliście do jednego Pana, dlaczego przez tak długi czas nauczyliście się żyć tak, jakby Jego podzielone Ciało było czymś normalnym?
Nie chodzi więc o tanią jedność. Nie chodzi o przemilczenie różnic, teologiczne kompromisy ani udawanie, że historia nie pozostawiła ran. Nie chodzi również o stworzenie kolejnej wspólnej instytucji. Chodzi o coś znacznie trudniejszego: o odzyskanie niezgody na podział. O ponowne odkrycie, że jedność nie jest dodatkiem do chrześcijaństwa ani jednym z wielu tematów, którymi można się zajmować, kiedy znajdzie się na to czas. Należy do samego serca modlitwy Chrystusa.
Jedność nie jest naszym projektem. Nie jest dyplomacją Kościołów ani strategią przetrwania chrześcijaństwa w coraz bardziej obojętnym świecie. Nie jest również piękną ideą ludzi dobrej woli. Zanim stała się przedmiotem komisji, dokumentów i konferencji, była modlitwą Jezusa.
I być może właśnie to jest najbardziej niewygodne.
Bo można zignorować program. Można odłożyć dokument. Można zakończyć dialog. Można nawet uznać, że pewnych różnic nie da się już przezwyciężyć.
Znacznie trudniej przejść obojętnie obok modlitwy Chrystusa.
Dlatego nie powinniśmy pytać wyłącznie, ile jeszcze dokumentów o jedności zostanie napisanych, ile odbędzie się ekumenicznych spotkań ani ile wspólnych deklaracji zostanie podpisanych. Pytanie jest znacznie bardziej osobiste i znacznie bardziej wymagające: czy modlitwa Chrystusa o jedność Jego uczniów nadal nie daje nam spokoju?
Jeżeli już nie daje, problem może być znacznie głębszy niż podział Kościołów.
Bo modlitwy Chrystusa nie wolno nam zamienić w hasło.

Autor bloga „Myśli”. Teksty, refleksje i komentarze poświęcone duchowości, modlitwie, życiu Kościoła oraz doświadczeniu człowieka wierzącego.