Dlaczego miałbym dzisiaj zdecydować się na dziecko?
To pytanie jest znacznie poważniejsze, niż mogłoby się wydawać. Nie słyszę w nim niechęci do dzieci ani wygodnictwa człowieka, który chce ochronić własny komfort. Słyszę raczej niepokój kogoś, kto patrzy na współczesny świat i zastanawia się, czy ma moralne prawo zaprosić do niego drugiego człowieka, wiedząc, że nie będzie w stanie zagwarantować mu bezpieczeństwa, stabilności ani wolności od cierpienia. W tym sensie pytanie o dziecko staje się pytaniem o wartość życia jako takiego. Czy życie nadal jest darem, jeżeli przekazujemy je w świecie pełnym wojen, kryzysów, napięć społecznych, zmian technologicznych, niepewności pracy, samotności i lęku przed przyszłością? Czy odpowiedzialnością jest dać życie, czy przeciwnie, powstrzymać się przed jego przekazaniem?
Nie chciałbym odpowiadać na to pytanie prostym zdaniem, że dzieci należy mieć, ponieważ taki jest porządek natury albo wola Boga. Taka odpowiedź byłaby nie tylko zbyt łatwa, ale również teologicznie nieuczciwa. Chrześcijaństwo nie sprowadza ludzkiego powołania do obowiązku biologicznego rodzicielstwa. Płodność jest w tradycji biblijnej błogosławieństwem, lecz błogosławieństwo nie jest przymusem. Rodzicielstwo jest jednym z możliwych sposobów realizowania miłości, odpowiedzialności i powołania człowieka, ale nie jest jedyną drogą życia pełnego i wartościowego. Człowiek, który nie zostaje ojcem albo matką, nie jest przez to człowiekiem niepełnym, mniej dojrzałym czy mniej wartościowym. Tak samo jednak decyzja o rodzicielstwie nie może być sprowadzona do spełnienia społecznego oczekiwania, biologicznego instynktu albo potrzeby posiadania kogoś, kto zapewni nam sens, ciągłość nazwiska czy opiekę na starość.
Można mieć dziecko z powodów egoistycznych i można z rodzicielstwa zrezygnować z powodów głęboko odpowiedzialnych. Można również nie chcieć dziecka dlatego, że jego obecność ograniczyłaby wygodę, swobodę, karierę czy styl życia, a można zdecydować się na rodzicielstwo właśnie dlatego, że człowiek jest gotowy przyjąć odpowiedzialność, której nie da się ograniczyć do kilku pierwszych lat życia dziecka. Moralna wartość decyzji nie leży więc wyłącznie w jej rezultacie. Znajduje się przede wszystkim w motywacji, dojrzałości i gotowości do poniesienia konsekwencji własnego wyboru.
Pytanie jednak pozostaje. Czy w świecie takim jak nasz odpowiedzialne jest powoływanie do życia kolejnego człowieka? Wojny nie są abstrakcją. Kryzys klimatyczny nie jest wyłącznie hasłem politycznym. Zmienia się rynek pracy, technologie ingerują coraz głębiej w nasze życie, sztuczna inteligencja przejmuje część czynności wykonywanych dotąd przez ludzi, systemy cyfrowe pozwalają śledzić zachowania jednostek, a samotność staje się jednym z najbardziej charakterystycznych doświadczeń nowoczesnych społeczeństw. Rodzic, który patrzy uczciwie na rzeczywistość, nie może udawać, że tego wszystkiego nie widzi.
Ale jest jeszcze drugi błąd, przed którym trzeba się chronić. Polega on na przekonaniu, że nasze czasy są pierwszymi w historii, w których przyszłość stała się niepewna. Historia ludzkości nigdy nie była historią bezpieczeństwa. Dzieci przychodziły na świat w czasie wojen, epidemii, niewolnictwa, głodu, prześladowań, migracji, upadków państw i całych cywilizacji. Przychodziły na świat wtedy, gdy medycyna była bezradna wobec chorób, które dziś leczy się w kilka dni, a śmierć dziecka należała do doświadczeń wielu rodzin. Ludzie poprzednich pokoleń także mogli patrzeć na rzeczywistość i dochodzić do wniosku, że nie jest to dobry czas na narodziny.
Nie oznacza to, że ich decyzje były zawsze przemyślane albo że mamy romantyzować cierpienie poprzednich pokoleń. Oznacza coś innego. Świat nigdy nie dawał rodzicom gwarancji. Rodzicielstwo od zawsze było decyzją podejmowaną wobec przyszłości, której nie można było znać ani kontrolować.
Właśnie dlatego chrześcijańska nadzieja nie może być utożsamiana z naiwnym optymizmem. Optymizm mówi, że wszystko będzie dobrze. Nadzieja mówi, że nawet jeżeli nie wszystko będzie dobrze, życie może zachować sens. To rozróżnienie ma ogromne znaczenie. Chrześcijaństwo nigdy nie obiecywało człowiekowi historii wolnej od cierpienia, konfliktów czy niesprawiedliwości. Ewangelia nie jest gwarancją bezpiecznej przyszłości. Jest natomiast radykalnym potwierdzeniem, że ludzkie życie ma wartość również wtedy, gdy dokonuje się w świecie niedoskonałym.
Jednym z najbardziej niezwykłych symboli tej prawdy pozostaje samo Wcielenie. Chrześcijaństwo wierzy, że Bóg nie wszedł w świat idealny. Chrystus nie narodził się w spokojnym społeczeństwie, wolnym od politycznej przemocy, społecznych nierówności i niepewności jutra. Narodził się w rzeczywistości podporządkowanej imperium, w świecie, w którym przemoc państwa była czymś realnym, a Jego rodzina musiała uciekać, aby ocalić Mu życie. Jeżeli więc pytać Ewangelię, czy świat był wystarczająco dobry, aby narodziło się w nim dziecko, odpowiedź musiałaby brzmieć, że nie był. A jednak właśnie w takim świecie dokonało się wydarzenie, które chrześcijaństwo uznaje za najważniejsze w historii zbawienia.
To prowadzi do bardzo istotnego wniosku. Rodzicielstwo nie jest deklaracją, że świat jest dobry. Jest decyzją, że życie ma wartość również w świecie, którego dobra nie potrafimy zagwarantować. Rodzice nie przekazują dziecku gotowej rzeczywistości. Przekazują mu świat niedokończony, pełen dobra i zła, możliwości i zagrożeń, piękna i cierpienia. Dziecko nie jest jedynie przyszłą ofiarą tego świata. Staje się także jego współtwórcą. Może odziedziczyć nasze błędy, ale może również naprawić część z nich. Może żyć pośród problemów, których nie rozwiązaliśmy, ale może także odkrywać odpowiedzi, których my nie znaleźliśmy.
Nie wolno jednak obciążać dziecka misją naprawiania świata. Nie powinno rodzić się po to, aby zrealizować nasze niespełnione ambicje, uratować związek, zapewnić nam sens czy spełnić społeczne oczekiwania. Dziecko ma wartość niezależnie od tego, kim kiedyś zostanie i czego dokona. Właśnie dlatego decyzja o rodzicielstwie wymaga uznania, że powołujemy do życia człowieka, który nie będzie naszą własnością. Będzie osobą posiadającą własną wolność, własne wybory, własne błędy, własne pragnienia i własną drogę.
Piszę o tym również jako człowiek, który zna rodzicielstwo nie tylko z teologii, filozofii czy obserwacji innych ludzi. Jestem ojcem trojga dzieci. Zanim zostałem duchownym, byłem mężem i ojcem, i mam nadzieję, że dla nikogo nie jest to czymś zaskakującym ani czymś, co należałoby ukrywać. Przeciwnie, doświadczenie ojcostwa należy do tych części mojego życia, które bardzo głęboko ukształtowały sposób, w jaki patrzę na człowieka, odpowiedzialność, miłość i samego Boga.
Wiem, że rodzicielstwo nie jest niekończącym się pasmem wzruszeń. Wiem, czym są niepokój, zmęczenie, troska, odpowiedzialność i świadomość, że od pewnego momentu własne życie przestaje dotyczyć wyłącznie nas samych. Każdy rodzic w pewnym sensie zaczyna nosić w sobie dodatkowy lęk, ponieważ pojawia się ktoś, kogo można utracić, ktoś, o kogo można się bać bardziej niż o siebie. Pojawia się świadomość, że nie jesteśmy w stanie ochronić dziecka przed wszystkim, że wcześniej czy później zetknie się z cierpieniem, rozczarowaniem, niesprawiedliwością, chorobą, odrzuceniem albo porażką. To doświadczenie nie znika wtedy, kiedy dziecko dorasta. Rodzicielstwo nie kończy się wraz z osiągnięciem pełnoletności. Zmienia jedynie swoją formę.
A jednak, gdybym miał spojrzeć na własne życie i zapytać siebie, czy oddałbym to doświadczenie w zamian za większy spokój, większą przewidywalność albo mniejszą odpowiedzialność, odpowiedź jest dla mnie jednoznaczna. Nie oddałbym go.
Nie oddałbym chwili, w której po raz pierwszy dotarło do mnie, że zostanę ojcem. Nie oddałbym tego szczególnego czasu oczekiwania, którego nie potrafi w pełni opisać żadne słowo, kiedy człowiek wie, że ktoś już istnieje, choć jeszcze nie można go zobaczyć ani wziąć na ręce. Nie oddałbym niecierpliwości, pytań, lęku i radości, które towarzyszą kolejnym miesiącom. Nie oddałbym również chwil narodzin moich dzieci, których mogłem doświadczać jako mąż obecny przy porodzie.
Narodziny dziecka są jednym z tych doświadczeń, wobec których język okazuje się niewystarczający. Można znać całą biologię ciąży i porodu, można rozumieć mechanizmy fizjologiczne, można znać kolejne etapy rozwoju człowieka, a jednak w chwili narodzin wydarza się coś, czego sama biologia nie wyczerpuje. Człowiek, którego wcześniej nie było w naszym widzialnym świecie, nagle jest. Oddycha. Płacze. Otwiera oczy. Staje się kimś, wobec kogo od tej chwili będziemy odpowiedzialni.
Teologia mówi o życiu jako o darze. Takie sformułowanie łatwo jednak powtarzać bez głębszej świadomości jego znaczenia. Dopiero doświadczenie rodzicielstwa może sprawić, że słowo „dar” przestaje być abstrakcyjnym pojęciem. Dar nie oznacza bowiem czegoś łatwego ani pozbawionego konsekwencji. Największe dary często wymagają największej odpowiedzialności. Człowiek otrzymuje wraz z dzieckiem nie tylko radość jego istnienia, lecz także zobowiązanie do troski, ochrony, wychowania, obecności i stopniowego pozwalania mu na samodzielność.
Psychologia rozwojowa pokazuje, jak bardzo doświadczenia relacji z rodzicami kształtują zdolność człowieka do budowania zaufania, poczucia bezpieczeństwa i relacji w późniejszym życiu. Filozofia przypomina, że przyjęcie odpowiedzialności za drugą osobę jest jednym z najbardziej radykalnych doświadczeń przekroczenia własnego egoizmu. Teologia dodaje do tego jeszcze jeden wymiar. Człowiek staje wobec życia, którego nie jest właścicielem. Rodzic może uczestniczyć w jego powstaniu, może je chronić, wychowywać i prowadzić, ale ostatecznie musi uznać, że dziecko nie należy do niego.
Być może właśnie dlatego rodzicielstwo potrafi być jednym z najbardziej wymagających ćwiczeń ludzkiej miłości. Łatwo kochać kogoś tak długo, jak długo możemy określać jego drogę. Trudniej kochać człowieka, który dorasta, zaczyna się od nas oddalać, podejmować własne decyzje, a czasem również decyzje, których nie rozumiemy albo których nie akceptujemy. Prawdziwe rodzicielstwo musi zatem nauczyć się paradoksu. Najpierw bierze człowieka na ręce i całkowicie za niego odpowiada, a później przez lata przygotowuje się do tego, aby pozwolić mu z tych rąk odejść.
To doświadczenie zmienia również rozumienie Boga. Nie dlatego, że relację Boga do człowieka można po prostu utożsamić z ludzkim rodzicielstwem, ale dlatego, że ojciec lub matka zaczynają rozumieć coś z tajemnicy miłości, która nie polega na posiadaniu. Rodzic wie, czym jest troska o kogoś, kto może wykorzystać swoją wolność w sposób, którego się boimy. Wie, czym jest pragnienie ochrony i jednoczesna konieczność pozwolenia na samodzielność. Wie, jak bardzo można kochać człowieka, którego nie można już uchronić przed wszystkimi konsekwencjami jego wyborów.
Nie twierdzę przy tym, że każdy człowiek powinien zostać rodzicem, aby zrozumieć miłość. Byłoby to nieprawdziwe i krzywdzące. Istnieją inne drogi miłości, odpowiedzialności i oddania. Chcę jedynie powiedzieć, że rodzicielstwo ma własną, niepowtarzalną strukturę doświadczenia, której nie można sprowadzić wyłącznie do kosztów, obowiązków i ryzyka.
I właśnie tutaj wracamy do pytania o współczesny świat. Jeżeli spojrzymy na rodzicielstwo wyłącznie jako na rachunek zagrożeń, zawsze znajdziemy argumenty przeciw. Nie możemy zagwarantować dziecku, że nie doświadczy wojny. Nie możemy zagwarantować mu stabilnej pracy. Nie wiemy, jak będzie wyglądał świat technologii za dwadzieścia czy trzydzieści lat. Nie wiemy, jakie społeczne konsekwencje przyniosą sztuczna inteligencja, automatyzacja, kryzys klimatyczny czy nowe formy kontroli cyfrowej. Nie możemy nawet zagwarantować, że sami będziemy obecni w jego życiu tak długo, jak tego pragniemy.
Rodzicielstwo nigdy jednak nie polegało na dawaniu takich gwarancji. Polega raczej na przyjęciu odpowiedzialności za to, co rzeczywiście możemy dać. Nie możemy obiecać dziecku świata bez cierpienia, ale możemy stworzyć dom, w którym nauczy się radzić sobie z cierpieniem. Nie możemy zagwarantować mu sukcesu, ale możemy pomóc mu zbudować poczucie własnej wartości, które nie zależy wyłącznie od sukcesu. Nie możemy ochronić go przed każdym odrzuceniem, ale możemy nauczyć je, że odrzucenie nie odbiera człowiekowi godności. Nie możemy zatrzymać technologicznych przemian, ale możemy wychować człowieka zdolnego do krytycznego myślenia, odpowiedzialnego korzystania z technologii i budowania relacji, których nie zastąpi żaden algorytm.
Możemy również nauczyć je czegoś, czego współczesny świat bardzo potrzebuje, a czego nie da się zaprogramować ani kupić. Możemy nauczyć obecności, współczucia, odpowiedzialności za słabszych, zdolności do przebaczenia, szacunku dla drugiego człowieka i odwagi, która nie polega na braku lęku, lecz na działaniu pomimo niego.
Rodzicielstwo nie jest więc przekazaniem dziecku idealnego świata. Jest wprowadzeniem go do świata prawdziwego i próbą wyposażenia go w takie zasoby wewnętrzne, aby potrafiło w tym świecie zachować człowieczeństwo.
Pozostaje jednak jeszcze najbardziej radykalne pytanie. Czy życie jest na tyle dobre, aby warto było nim obdarować drugiego człowieka, skoro wiemy, że każde życie będzie miało w sobie cierpienie?
Nie znam uczciwej odpowiedzi, która usuwałaby ten problem. Każde narodzone dziecko kiedyś doświadczy bólu. Będzie przeżywało stratę, rozczarowanie, być może chorobę, samotność albo śmierć kogoś bliskiego. W końcu samo również umrze. Rodzic, dając dziecku życie, daje mu więc nie tylko możliwość szczęścia. Daje również możliwość cierpienia.
Ale daje mu jednocześnie możliwość miłości, przyjaźni, zachwytu, poznawania świata, tworzenia, odkrywania, pomagania innym, budowania własnej rodziny albo wybierania zupełnie innej drogi. Daje mu możliwość doświadczenia dobra, którego nie da się przewidzieć przed narodzinami. Z chrześcijańskiej perspektywy daje mu także możliwość relacji z Bogiem i uczestniczenia w tajemnicy życia, która przekracza granicę biologicznego istnienia.
Nie możemy za przyszłego człowieka dokonać bilansu i powiedzieć, że jego możliwe cierpienie będzie większe niż możliwe dobro. Nie możemy również zagwarantować odwrotności. W tym miejscu każda decyzja o rodzicielstwie dotyka tajemnicy. Człowiek podejmuje ją bez znajomości przyszłości.
Właśnie dlatego rodzicielstwo zawsze zawiera w sobie pewien akt wiary. Nie tylko wiary religijnej. Jest również wiarą w człowieka, w przyszłość i w możliwość dobra, którego dzisiaj jeszcze nie widzimy. Jest zgodą na to, że ktoś, kogo jeszcze nie znamy, może kiedyś spojrzeć na własne życie i uznać, że mimo cierpienia, błędów, strat i niepewności dobrze było istnieć.
Nie powiedziałbym więc nikomu, że powinien mieć dziecko. Byłoby to przekroczenie granicy, której nie mam prawa przekraczać. Decyzja o rodzicielstwie należy do tych decyzji, które człowiek powinien podejmować świadomie, odpowiedzialnie i bez nacisku. Nie powiedziałbym również, że bezdzietność jest egoizmem. Może być wyborem uczciwym i dojrzałym.
Powiedziałbym jednak coś innego. Jeżeli jedynym powodem rezygnacji z rodzicielstwa jest przekonanie, że świat stał się zbyt trudny, warto jeszcze raz przyjrzeć się temu lękowi. Nie dlatego, że zagrożenia są wymyślone. Są realne. Ale dlatego, że nie wiemy, czym stanie się przyszłość. Nie wiemy również, kim stanie się człowiek, któremu możemy dać życie.
Ja sam, znając ciężar ojcostwa i odpowiedzialność, którą ono ze sobą niesie, nie zamieniłbym tego doświadczenia na życie prostsze i bardziej przewidywalne. Nie dlatego, że zawsze było łatwo. Nie było. Nie dlatego, że nigdy się nie bałem. Bałem się i nadal się boję. Nie dlatego, że rodzicielstwo rozwiązało wszystkie moje pytania o życie. Przeciwnie, stworzyło wiele nowych.
Nie oddałbym jednak świadomości, że jestem ojcem. Nie oddałbym oczekiwania na narodziny moich dzieci. Nie oddałbym chwil ich przyjścia na świat. Nie oddałbym tego niezwykłego doświadczenia obserwowania, jak z bezbronnego dziecka rodzi się osobny człowiek, którego życie stopniowo przestaje należeć do przestrzeni moich decyzji, a staje się jego własną historią.
Rodzicielstwo nauczyło mnie również czegoś, czego wcześniej nie rozumiałem w pełni. Człowiek może jednocześnie bardzo się bać i bardzo kochać. Może wiedzieć, że przyszłość jest niepewna, a mimo to nie żałować, że drugiego człowieka do tej przyszłości zaprosił. Może mieć świadomość własnych błędów i ograniczeń, a jednocześnie każdego dnia próbować być lepszym ojcem lub lepszą matką.
Być może właśnie w tym znajduje się jedna z najważniejszych odpowiedzi na zadane pytanie. Nie decydujemy się na dziecko dlatego, że jesteśmy pewni przyszłości. Decydujemy się na nie wtedy, kiedy jesteśmy gotowi przyjąć odpowiedzialność za drugiego człowieka pomimo niepewności przyszłości.
To nie usuwa lęku. Nie usuwa wojen, kryzysów, zagrożeń technologicznych ani społecznej samotności. Nie sprawia, że rodzicielstwo staje się łatwe.
Sprawia jednak, że obok pytania o to, jaki świat przekazujemy naszym dzieciom, pojawia się jeszcze inne. Jakich ludzi możemy przygotować do życia w tym świecie?
I być może właśnie na to pytanie rodzice mają większy wpływ, niż czasami sądzą.