Przeczytałem Twoje pytanie kilka razy i myślę, że najpierw trzeba zatrzymać się przy tym, co wydarzyło się jeszcze zanim pojawiła się sztuczna inteligencja, technologia i wszystkie pytania o granice ich wykorzystania. Umarł ktoś, kto był Ci bardzo bliski. To jest punkt wyjścia tej rozmowy. Nie program, nie algorytm, nie możliwość odtworzenia głosu, ale czyjaś śmierć i Twoja tęsknota. Jeżeli więc mam odpowiedzieć Ci uczciwie, nie chciałbym zaczynać od pytania, czy coś wolno, czy czegoś nie wolno. Chciałbym najpierw powiedzieć, że rozumiem, dlaczego możliwość ponownego usłyszenia tego głosu może być tak niezwykle pociągająca. Kiedy odchodzi człowiek, którego kochaliśmy, nie znikają przecież razem z nim nasze pytania. Często właśnie wtedy pojawiają się te najważniejsze. Wracają niewypowiedziane zdania, niedokończone rozmowy, chwile, w których mogliśmy zapytać, ale tego nie zrobiliśmy, i słowa, które mogliśmy powiedzieć, lecz zabrakło czasu, odwagi albo zwyczajnej świadomości, że pewnego dnia nie będzie już następnej okazji.
Dlatego nie chciałbym patrzeć na Twoje pragnienie z podejrzliwością. Nie widzę w nim niczego dziwnego ani małego. Widzę w nim raczej jeden z najbardziej ludzkich odruchów żałoby. Człowiek chciałby jeszcze raz usłyszeć znajome „dzień dobry”, charakterystyczny śmiech, sposób wypowiadania własnego imienia. Chciałby zapytać o coś, czego nie zdążył zapytać, albo może po prostu przez chwilę mieć wrażenie, że wszystko jest znowu takie jak dawniej. Dawniej pozostawały fotografie, listy, przedmioty, zapamiętany głos. Dzisiaj technologia potrafi pójść znacznie dalej. Potrafi stworzyć głos, który zabrzmi prawie tak samo, twarz, która będzie reagowała, i odpowiedzi, które mogą przypominać odpowiedzi człowieka, którego już nie ma. Właśnie dlatego problem stał się znacznie trudniejszy. Nie chodzi już wyłącznie o przechowywanie pamięci. Chodzi o możliwość stworzenia wrażenia dalszej obecności.
I w tym miejscu pojawia się granica, której, moim zdaniem, nie powinniśmy lekceważyć. Fotografia zachowuje chwilę, która naprawdę się wydarzyła. Nagranie pozwala ponownie usłyszeć słowa, które naprawdę zostały wypowiedziane. List pozostawia zdania, które człowiek rzeczywiście napisał. Wszystkie te rzeczy są świadectwem czyjegoś życia. Mogą wzruszać, boleć, przywoływać wspomnienia, ale nie udają, że życie trwa nadal w tej samej formie. Cyfrowa postać zmarłego może zrobić coś innego. Może zacząć odpowiadać na pytania, których ten człowiek nigdy nie usłyszał. Może wypowiadać jego głosem słowa, których nigdy nie powiedział. Może pocieszać, doradzać, oceniać nasze decyzje, a nawet mówić „kocham cię”, chociaż tym razem nie będzie to już głos osoby, którą kochaliśmy, lecz wygenerowana odpowiedź systemu zbudowanego na podstawie śladów, które po niej pozostały.
To rozróżnienie wydaje mi się niezwykle ważne także z perspektywy chrześcijańskiej. Wiara chrześcijańska bardzo mocno strzeże niepowtarzalności osoby. Człowiek nie jest sumą swoich wypowiedzi, zachowań, fotografii, wspomnień i danych, które można o nim zgromadzić. Nawet gdybyśmy zachowali wszystkie jego listy, wszystkie nagrania, każdą rozmowę, każde zdjęcie i każdy szczegół jego sposobu reagowania, nadal nie posiadalibyśmy samego człowieka. Posiadalibyśmy ogromnie bogate świadectwo jego życia, być może tak dokładne, że technologia potrafiłaby stworzyć niemal doskonałe podobieństwo, ale podobieństwo nie jest osobą. Człowieka nie da się sprowadzić do wzorca zachowań, który można odtworzyć. Jest w nim coś, czego żadna baza danych nie zawiera i czego żaden algorytm nie może odzyskać. Jest jego wolność, jego wewnętrzne życie, jego tajemnica, jego relacja z Bogiem, całe to niewidzialne wnętrze osoby, które wymyka się nawet tym, którzy byli z nią najbliżej.
Dlatego nie powiedziałbym, że każde użycie takiej technologii jest samo w sobie czymś moralnie złym. Nie widzę problemu w tym, że technologia pomaga zachować nagrania, uporządkować fotografie, odtworzyć uszkodzony zapis głosu czy stworzyć rodzinne archiwum. Możemy dzięki niej troszczyć się o pamięć. Możemy ocalać ślady czyjegoś życia przed zapomnieniem. Pamięć o zmarłych nie stoi przecież w sprzeczności z chrześcijaństwem. Przeciwnie, chrześcijaństwo jest głęboko związane z pamięcią. Wypowiadamy imiona zmarłych podczas modlitwy, wspominamy ich, odwiedzamy ich groby, przechowujemy fotografie, opowiadamy młodszym pokoleniom o tych, których nie zdążyli poznać. Miłość nie kończy się wraz ze śmiercią człowieka i dlatego także pamięć nie musi się kończyć.
Problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy przestajemy korzystać z technologii po to, aby pamiętać o człowieku, a zaczynamy korzystać z niej po to, aby zastąpić jego nieobecność. Różnica może być początkowo prawie niewidoczna. Najpierw chcemy tylko usłyszeć głos. Później zadajemy pierwsze pytanie. Potem kolejne. Z czasem program zaczyna wiedzieć, co nas uspokaja, jak do nas mówić, jakie wspomnienia przywołać. Może pamiętać nasze wcześniejsze rozmowy i coraz lepiej odpowiadać w sposób, który będzie przypominał człowieka, którego utraciliśmy. Rozum nadal może wiedzieć, że to program. Sam piszesz przecież bardzo świadomie, że wiedziałbyś o tym. Ale niezwykle ważne jest również Twoje drugie zdanie, to o wiele trudniejsze, w którym pytasz, czy po pewnym czasie Twoje emocje nadal potrafiłyby zachować tę granicę. Myślę, że właśnie tutaj dotknąłeś najistotniejszego problemu całej sprawy.
Człowiek nie przeżywa relacji wyłącznie rozumem. Możemy doskonale wiedzieć, że oglądamy film, a jednak płakać nad losem jego bohatera. Możemy wiedzieć, że śnimy, a mimo to budzić się z sercem bijącym ze strachu. Tym bardziej więc można sobie wyobrazić, że ktoś w żałobie, słysząc codziennie znajomy głos, widząc znajomą twarz i otrzymując odpowiedzi dopasowane do swoich emocji, zacznie przeżywać taką relację głębiej, niż początkowo zamierzał. Nie dlatego, że straci zdolność myślenia ani dlatego, że nie będzie rozumiał działania technologii. Po prostu dlatego, że tęsknota nie jest doświadczeniem czysto intelektualnym. Serce potrafi przywiązać się także do czegoś, o czym rozum wie, że jest tylko reprezentacją.
Dlatego szczególną ostrożność zachowałbym w tym miejscu, w którym sztuczna inteligencja zaczyna tworzyć nowe wypowiedzi zmarłego. Jeśli słuchasz nagrania, na którym bliska Ci osoba mówiła, że Cię kocha, wracasz do czegoś, co naprawdę pomiędzy wami się wydarzyło. Jeżeli jednak program, korzystając z głosu tej osoby, powie dzisiaj: „kocham cię, jestem przy tobie, wiem, przez co teraz przechodzisz”, usłyszysz słowa, których ona nigdy nie wypowiedziała. Być może powiedziałaby dokładnie to samo, gdyby żyła. Być może powiedziałaby coś zupełnie innego. Tego już nie możemy wiedzieć. Tymczasem technologia może stworzyć niezwykle przekonujące poczucie, że odpowiedź pochodzi właśnie od niej. Tutaj przestajemy już tylko zachowywać pamięć. Zaczynamy dopisywać dalszy ciąg do życia człowieka, który sam nie może tego dalszego ciągu napisać.
Właśnie tego obawiałbym się najbardziej. Nie dlatego, że widzę w sztucznej inteligencji jakąś tajemniczą duchową siłę ani dlatego, że każdą cyfrową rekonstrukcję zmarłego należałoby natychmiast utożsamiać z próbą wywoływania duchów. Byłoby to teologicznie nieprecyzyjne. Program nie nawiązuje kontaktu ze zmarłym. Nie przemawia przez niego dusza człowieka. To technologia analizująca dane i tworząca prawdopodobne odpowiedzi. Nie ma więc potrzeby przypisywać jej tego, czego nie robi. Właśnie dlatego jednak trzeba nazwać rzeczy po imieniu. Jeśli program mówi głosem Twojej bliskiej osoby, nie oznacza to, że ona mówi do Ciebie poprzez program. Jeśli odpowiada na pytanie, nie oznacza to, że otrzymałeś odpowiedź od niej. Jeżeli mówi, że Ci przebacza, nie możemy twierdzić, że nastąpiło przebaczenie ze strony zmarłego. Jeżeli mówi, że akceptuje jakąś Twoją decyzję, nie wiemy, czy rzeczywiście by ją zaakceptował. Sztuczna inteligencja może bardzo przekonująco naśladować język osoby, ale nie może udzielić jej zgody, miłości, przebaczenia ani błogosławieństwa.
Jest tu jeszcze drugi wymiar, być może trudniejszy. Żałoba, niezależnie od tego, jak długo trwa, w jakimś momencie prowadzi człowieka do bolesnego uznania rzeczywistości: ten, kogo kocham, umarł. To zdanie brzmi bezlitośnie i dlatego nieraz bardzo długo nie potrafimy go wypowiedzieć bez wewnętrznego sprzeciwu. Przyjęcie tej prawdy nie oznacza zapomnienia, zerwania więzi ani zdrady miłości. Oznacza zgodę na to, że relacja została nieodwracalnie zmieniona przez śmierć. Człowiek nie jest już obecny w taki sposób, jak był wcześniej. Nie możemy do niego zadzwonić, usiąść przy jednym stole ani dokończyć rozmowy, której wtedy nie dokończyliśmy. Żadna teologia, jeśli ma być uczciwa, nie powinna udawać, że ten ból można usunąć prostym religijnym zdaniem.
Chrześcijańska nadzieja nie polega bowiem na zaprzeczeniu śmierci. Chrześcijaństwo traktuje śmierć niezwykle poważnie. Jeżeli mówimy o zmartwychwstaniu, to właśnie dlatego, że śmierć jest rzeczywistym dramatem człowieka, a nie tylko zmianą miejsca pobytu. Gdy święty Paweł pisze do Tesaloniczan o tych, którzy umarli, nie mówi wierzącym, że nie powinni się smucić. Pisze, aby nie smucili się tak jak ci, którzy nie mają nadziei, a następnie prowadzi ich ku wierze w Chrystusa, który umarł i zmartwychwstał. Chrześcijańska odpowiedź na śmierć nie brzmi więc: „zachowajmy zmarłego tak dobrze, abyśmy mogli nadal doświadczać jego obecności”. Brzmi ona inaczej: „powierzmy go Bogu i ufajmy, że śmierć nie ma ostatniego słowa”.
To właśnie tutaj dostrzegam najgłębszą różnicę pomiędzy chrześcijańską nadzieją a technologicznym odtworzeniem człowieka. Technologia patrzy wstecz. Zbiera to, co po człowieku pozostało, i na tej podstawie próbuje stworzyć jego podobieństwo. Chrześcijaństwo patrzy ku przyszłości. Nie obiecuje coraz doskonalszej rekonstrukcji przeszłości, ale zmartwychwstanie osoby. Nie mówi, że kiedyś będziemy dysponowali wystarczającą ilością danych, aby odtworzyć człowieka. Mówi, że człowiek nie przestał być znany Bogu i że jego ostateczny los nie zależy od ilości śladów, które pozostawił na ziemi.
To rozróżnienie jest dla mnie niezwykle ważne. Człowiek może umrzeć, nie pozostawiając ani jednego nagrania, jednej fotografii, jednej wiadomości zapisanej w telefonie. Może odejść tak, że następne pokolenia nie będą nawet znały brzmienia jego głosu. Z perspektywy technologii oznacza to niemal całkowitą utratę danych. Z perspektywy wiary nie oznacza utraty osoby. Bóg nie potrzebuje archiwum, aby pamiętać człowieka. Nie potrzebuje rekonstrukcji jego głosu ani mapy jego zachowań. Chrześcijańska nadzieja opiera się na przekonaniu, że ten konkretny człowiek, z całym swoim niepowtarzalnym istnieniem, pozostaje objęty pamięcią i miłością Boga. Zmartwychwstanie nie jest wykonaniem doskonałej kopii. Jest ocaleniem osoby.
Dlatego również chrześcijańska komunia ze zmarłymi nie polega na wytwarzaniu wrażenia, że nadal możemy z nimi rozmawiać tak samo jak dawniej. Kiedy modlimy się za zmarłego, nie prosimy programu, aby udzielił nam odpowiedzi w jego imieniu. Kiedy wypowiadamy jego imię przed Bogiem, nie tworzymy alternatywnej wersji jego dalszego życia. Kiedy stajemy przy jego grobie, możemy mówić wszystko, czego nie zdążyliśmy powiedzieć, możemy płakać, dziękować, przepraszać, możemy nawet opowiadać mu w sercu o tym, co wydarzyło się od jego odejścia. Wiara nie musi odbierać człowiekowi tej intymności żałoby. Trzeba jednak wiedzieć, że modlitwa nie jest techniką otrzymywania odpowiedzi od zmarłego. Jest powierzeniem człowieka Bogu. Nie przywraca go do naszego świata. Uczy raczej zgody na to, że znajduje się poza zasięgiem naszej kontroli i naszego doświadczenia.
Gdybym więc miał odpowiedzieć Ci osobiście na pytanie, czy stworzyłbym cyfrową postać kogoś bliskiego i prowadził z nią regularne rozmowy, byłbym bardzo ostrożny i raczej bym tego nie zrobił. Nie wypowiadam tego jako łatwego zakazu moralnego. Nie chciałbym również budować poczucia winy w człowieku, który z bólu i tęsknoty już spróbował takiej technologii. Powód jest inny. Uważam, że cena emocjonalna może okazać się wyższa, niż początkowo sądzimy. To, co miało pomóc nam zachować pamięć, może powoli zacząć chronić nas przed koniecznością zmierzenia się z nieobecnością. To, co miało przynieść ulgę, może wytworzyć nową zależność. Zamiast przeżyć żałobę, możemy nauczyć się omijać ją za pomocą coraz doskonalszej imitacji obecności.
Nie twierdzę przy tym, że musi się tak stać w każdym przypadku. Ludzie przeżywają żałobę bardzo różnie i nie chcę wydawać prostych sądów o czyimś doświadczeniu. Dostrzegam jednak ryzyko, którego nie wolno bagatelizować, szczególnie wtedy, gdy cyfrowa postać staje się adresatem codziennych rozmów, źródłem pocieszenia, doradcą albo kimś, od kogo oczekujemy miłości i emocjonalnej odpowiedzi. Wtedy pytanie nie brzmi już tylko: „czy wiem, że to jest program?”. Trzeba zapytać również: „jaką rolę ten program zaczął pełnić w moim życiu?”. Jeżeli zaczyna zajmować miejsce relacji ze zmarłym i pozwala mi utrzymywać wrażenie, że śmierć tak naprawdę niczego zasadniczego nie zmieniła, warto się zatrzymać.
Być może najuczciwsze, co możemy zrobić z tymi wszystkimi śladami po człowieku, to pozwolić im pozostać śladami. Zachować głos jako głos, który rzeczywiście kiedyś do nas mówił. Zachować list jako słowa naprawdę napisane jego ręką. Zachować fotografie jako fragment wspólnego życia. Oglądać filmy, wspominać, śmiać się, kiedy przypomni się jakaś historia, i płakać, kiedy przyjdzie taki dzień. Nie trzeba uciekać od pamięci. Nie trzeba nawet bać się, że powracanie do niej oznacza brak zgody na śmierć. Pamięć może być jedną z form miłości. Ważne jest tylko, aby nie zamieniła się w próbę wyprodukowania obecności, której już nie ma.
Szczególnie porusza mnie Twoje pytanie o słowa, których nie zdążyłeś zadać. Chyba właśnie tutaj technologia wydaje się najbardziej kusząca, ponieważ obiecuje zamknięcie czegoś, co pozostało otwarte. Chcielibyśmy wiedzieć, co ta osoba by odpowiedziała. Czy nam wybaczyła. Czy była z nas dumna. Czy wiedziała, jak bardzo ją kochaliśmy. Czy zrobiłaby coś inaczej. Niektóre z tych pytań mogą pozostać bez odpowiedzi. To jest jedna z najbardziej bolesnych prawd żałoby. Sztuczna inteligencja może wygenerować odpowiedź, która będzie bardzo prawdopodobna, może nawet dokładnie taką, jaką chcielibyśmy usłyszeć, ale nie będzie mogła zmienić tego, że prawdziwej odpowiedzi już nie otrzymamy. Być może dojrzalszą drogą jest nie tworzenie odpowiedzi za zmarłego, ale nauczenie się żyć także z tym, czego nie zdążyliśmy usłyszeć.
Wierzę jednak, że nie oznacza to pozostania samemu z tym ciężarem. To, czego nie mogłeś powiedzieć człowiekowi, możesz powiedzieć Bogu. Nie dlatego, że Bóg ma zastąpić zmarłego albo odpowiedzieć za niego. Nie o to chodzi. Możesz przynieść Bogu całą niedokończoną rozmowę. Wszystko, czego żałujesz. Wszystko, za co jesteś wdzięczny. Pytania, na które nie ma już odpowiedzi. Gniew, jeśli jest. Poczucie winy, jeżeli się pojawia. Tęsknotę, której nie potrafisz uciszyć. Modlitwa nie musi być uporządkowana i piękna. Czasem najprawdziwszą modlitwą człowieka po stracie jest jedno zdanie powtarzane przez wiele miesięcy.
Nie wiem, kogo straciłeś. Nie znam historii waszej relacji i dlatego nie chciałbym udawać, że wiem, co dokładnie powinieneś zrobić. Wiem jednak, że osoba, o której piszesz, była dla Ciebie na tyle ważna, iż sama możliwość ponownego usłyszenia jej głosu porusza w Tobie coś bardzo głębokiego. Tego uczucia nie trzeba się wstydzić. Trzeba jedynie uważać, żeby tęsknota nie została wykorzystana przez technologię do stworzenia iluzji, która początkowo przyniesie ulgę, ale później może jeszcze bardziej utrudnić przyjęcie rzeczywistości.
Jeżeli więc pytasz mnie, gdzie postawiłbym granicę, powiedziałbym tak: nie bałbym się technologii, która pomaga zachować prawdę o czyimś życiu, ale byłbym bardzo ostrożny wobec technologii, która zaczyna tworzyć dalsze życie za zmarłego. Zachowałbym jego prawdziwy głos, ale nie potrzebowałbym, żeby wypowiadał nowe zdania. Zachowałbym jego listy, ale nie chciałbym otrzymywać nowych listów napisanych przez algorytm w jego stylu. Oglądałbym fotografie, ale nie chciałbym budować cyfrowej obecności, która każdego dnia przekonywałaby moje emocje, że człowiek wciąż jest obok. Nie dlatego, że pamięć jest czymś złym, lecz dlatego, że jest zbyt cenna, aby mieszać ją z fikcją.
Chrześcijańska nadzieja proponuje coś trudniejszego niż technologiczna rekonstrukcja. Każe nam zgodzić się na to, że teraz istnieje rozłąka. Nie oszukuje nas, że wystarczy odpowiednio wierzyć, żeby śmierć przestała boleć. Nie obiecuje również, że wszystkie niedokończone sprawy tego życia zostaną przez nas tutaj domknięte. Mówi natomiast, że śmierć nie jest ostatnim słowem o człowieku. Nadzieja zmartwychwstania nie polega na powrocie do starego życia ani na odtworzeniu jego cyfrowej kopii. Jest nadzieją, że Bóg może ocalić całego człowieka w sposób, którego my nie potrafimy osiągnąć żadną technologią.
I może właśnie dlatego nie musimy wytwarzać obecności tych, których kochaliśmy. Możemy pozwolić im pozostać w naszej pamięci takimi, jakimi naprawdę byli, także z ich milczeniem, którego dzisiaj nie potrafimy już przerwać. Możemy zachować wszystko, co po nich pozostało, ale nie musimy zmuszać tych śladów, aby zaczęły mówić dalej. Jest w tym pewna pokora wobec człowieka, którego kochaliśmy. Nie wkładamy mu w usta nowych słów. Nie tworzymy jego odpowiedzi. Nie poprawiamy zakończenia jego ziemskiej historii tylko dlatego, że trudno nam przyjąć, że już się zakończyła.
Być może miłość po śmierci człowieka właśnie tego uczy najboleśniej. Nie każdą więź można podtrzymać przez dalszą rozmowę. Nie każdą tęsknotę można uspokoić odpowiedzią. Nie każde niedopowiedziane zdanie musi zostać dopowiedziane. Czasem miłość musi nauczyć się istnieć bez możliwości usłyszenia odpowiedzi. I wtedy wiara nie usuwa bólu, ale nadaje mu kierunek. Pozwala powiedzieć: nie mogę już zatrzymać tego człowieka przy sobie, ale mogę nadal kochać go bez udawania, że śmierć się nie wydarzyła. Mogę pamiętać bez tworzenia jego kopii. Mogę tęsknić bez wytwarzania pozoru spotkania. Mogę powierzyć go Bogu, nawet jeśli bardzo chciałbym jeszcze raz usłyszeć jego głos.
A jeżeli pytasz, czym ostatecznie różni się chrześcijańska nadzieja spotkania ze zmarłym od technologicznej próby jego odtworzenia, odpowiedziałbym chyba najprościej, jak potrafię. Technologia może próbować stworzyć kogoś, kto będzie bardzo podobny do człowieka, którego straciłeś. Wiara mówi o nadziei spotkania nie z kimś podobnym, lecz z nim samym. Nie z rekonstrukcją jego zachowań, nie z cyfrowym odbiciem jego głosu, nie z programem, który nauczył się jego sposobu mówienia, ale z osobą. Całą tajemnicą chrześcijańskiej nadziei jest właśnie to, że Bóg nie ocala danych o człowieku. Ocala człowieka.
Dlatego, gdybym był na Twoim miejscu, zachowałbym wszystko, co prawdziwe. Fotografie, nagrania, wiadomości, listy, drobiazgi, wspomnienia, nawet te pozornie nieistotne, które dla innych nic nie znaczą, a dla Ciebie niosą całe życie. Nie bałbym się do nich wracać. Nie wstydziłbym się płakać przy głosie, którego już nie można usłyszeć na żywo. Ale nie prosiłbym maszyny, aby pisała dalsze rozdziały w imieniu człowieka, którego kochałem. Pozwoliłbym, aby jego słowa pozostały jego słowami, jego milczenie pozostało jego milczeniem, a moja tęsknota stała się z czasem nie próbą zatrzymania go przy sobie, lecz sposobem niesienia miłości, która musi już istnieć inaczej.
I kiedy byłoby mi szczególnie trudno, zamiast pytać cyfrową postać: „czy nadal jesteś ze mną?”, spróbowałbym powiedzieć Bogu coś znacznie prostszego: „Panie, Ty wiesz, jak bardzo mi go brakuje. Ja nie potrafię już do niego dotrzeć. Ty możesz. Dlatego powierzam Ci jego i powierzam Ci także siebie”.
Być może właśnie w tym miejscu kończą się możliwości technologii, a zaczyna się wiara.